Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
 
 
 
 
   
 
 
 
 
Ta wyprawa miała być szczególna i taka właśnie była... To co zobaczyliśmy po drodze - to nasze. Ogólnie, każdemu miłośnikowi gór, a szczególności spokoju, ciszy i przyrody, możemy tą trasę z czystym sumieniem polecić. Kto przeszedł ją w całości ten wie, jakie to pouczające, a jednocześnie ekscytujące. Dla tego jednak, kto jeszcze tej możliwości nie miał, niech ta strona będzie zachętą...

                                                                               Grzesiek


BIESZCZADY

Sobota (dzień 1):
Podróż
      Swoją podróż rozpoczynamy na Dworcu Głównym w Krakowie. Stąd ok. godziny 5 rano (dla niektórych iście barbarzyńska pora, ale dla nas tego dnia jednak nie miało to znaczenia) wyruszamy pełni optymizmu i żądni wrażeń pociągiem w kierunku Zagórza. Do Sanoka docieramy przed 12:00. Jako że kolejny pociąg - tym razem do Ustrzyk Dolnych - mamy dopiero za 2 i pół godziny zapada decyzja - idziemy upolować obiad. Stacja kolejowa jest nieco oddalona od centrum Sanoka, toteż dotarcie do rynku zajmuje nam dobre 20 min. Niestety Sanok nie jest miejscowością zbytnio turystyczną, co dało się odczuć brakiem większej ilości lokali gastronomicznych. Dodatkowo nie do końca byliśmy przygotowani na obciążenie naszymi plecakami, więc spacerek nas nieźle zmęczył (szczególnie kilkadziesiąt schodów, którymi wychodzi się do rynku) i dał nam przedsmak tego, co nas miało czekać. Po krótkich poszukiwaniach lokalu znaleźliśmy bar, w którym zjedliśmy całkiem dobrą pizzę. Posileni i orzeźwieni ruszyliśmy w kierunku stacji, gdzie czekał na nas pociąg.
     Okolice przez jakie jechaliśmy w pełni wynagradzały niedogodności, wynikające z "komfortu" jazdy zdezelowanym przez przemytników pociągiem. Inna sprawa, że można było wszystko dokładnie oglądnąć, gdyż średnia prędkość pociągu nie przekraczała 20 km/h. Coraz bardziej też odczuwaliśmy dzikość terenu, na jakim się znajdowaliśmy. Niestety, po przyjeździe do Ustrzyk Dolnych okazało się, że musimy po raz kolejny dłuższą chwilę poczekać, tym razem na PKSa do Ustrzyk Górnych (UWAGA! Nie ma żadnych busów kursujących na tej trasie!). Kolejne 2 godziny spędziliśmy włócząc się po Ustrzykach i spożywając spore ilości napojów ze względu na panującą wysoką temperaturę.
     Po powrocie na przystanek PKS zapanowała wśród nas konsternacja, gdyż koczowały na nim trzy grupy harcerzy, w sumie około 100 osób. Na nasze szczęście żadna z grup nie wsiadła do naszego autobusu, co było dla nas odjęciem kamienia z serca. O 19.00 opuściliśmy Ustrzyki Dolne, by w ciągu godziny i dwudziestu minut (w trakcie których nasz niemiły kierowca zrobił sobie dwie przerwy na papierosa) zawitać do ich górnego odpowiednika. Zgodnie z planem ulokowaliśmy się w schronisku "Kremenaros", w którym udało się nam zdobyć osobny pokój. Za nocleg płaci się 25 zł/os (ze zniżką PTTK 20 zł) w pokoju dwuosobowym. Warunki w schronisku niezłe, prysznice z ciepłą wodą rano i wieczór, jedzenie w barze dobre i dość tanie, można wypić lane piwo za 3,50 zł. Pierwszy, ale dość upalny dzień, mamy za sobą. Kładziemy się spać o 21.40, myślami błądząc już po bieszczadzkich ścieżkach.

Niedziela (dzień 2):
Poczatek GSzB
     Decydujemy się pospać wyjątkowo dłużej niż normalnie jest to wskazane - wstajemy dopiero po 8, ze względu na wczesną pobudkę dnia poprzedniego. Ze schroniska wychodzimy 5 minut po 9 i udajemy się szlakiem niebieskim, który prowadzi cały czas malowniczo dziurawą drogą asfaltową do Wołosatego. Po drodze mijamy interesujące torfowiska, podziwiamy cichą i dziką okolicę (pomijając dość rzadko kursujące PKSy). Upał zaczyna dawać się nam we znaki. W Wołosatem przekraczamy granicę Bieszczadzkiego Parku Narodowego i ok. 10.15 wchodzimy na bieszczadzką cześć GSzB. Oczywiście przy wejściu trzeba opłacić "myto" - 2 zł ulgowy, 4 zł normalny. Pamiątkowe zdjęcie przy znaku symbolizującym początek / koniec czerwonego szlaku i ruszamy.
     Cały czas idziemy całkiem szeroką drogą asfaltową, która zdaje się prowadzić donikąd. Droga zamienia się w kamienną, by po ok. 3-4 km znów zaskoczyć nas pojawieniem się asfaltu. Należy przy tym pamiętać, że nie ma tu absolutnie żadnych domów, a z drogi korzystają tylko turyści i ewentualnie straż graniczna. Droga wspina się łagodnie lasem, by po ok. kilometrze od końca asfaltu doprowadzić nas do Przełęczy Łukowskiej. Szlak omija samą przełęcz, aczkolwiek można bez znaków do niej dojść - widoki, które się stamtąd rozciągają w kierunku Ukrainy są tego warte. Przy wiacie i ławeczkach szlak odbija jednak w lewo i już pośród traw wspina się na Rozsypaniec, za którym obniża się, by stromym podejściem wyjść na charakterystyczny szczyt Halicza. Łatwo go zidentyfikować po stojącej jeszcze wieży triangulacyjnej (punkt geodezyjny w postaci wysokiego trójnogu). Bez większych podejść, ale przez dłuższy czas bardzo przyjemnym spadkiem schodzimy do niższej przełączki pod Tarnicą, z której 2-3 min do bazy GOPR, gdzie można przybić pieczątki do książeczki GOT. O ile sam namiot bazy widać, o tyle dojście do niego już mniej - należy po prostu "na czuja" przedrzeć się przez trawy. Jeszcze przed przełączką natrafiliśmy na źródełko, chociaż woda była dość mętna i ledwo kapała z powodu suszy. W tym rejonie do naszego czerwonego szlaku dołącza niebieski w kierunku Bukowego Berda, którego innym fragmentem już dziś mieliśmy okazję iść (droga do Wołosatego). Razem z niebieskim szlakiem wychodzimy stromym podejściem (po drodze kolejne źródełko, z którego warto skorzystać szczególnie w czasie upału) na Przełęcz pod Tarnicą. Czerwony szlak w tym momencie odbija w prawo, my jednak decydujemy się na kilkuminutowe podejście na sam szczyt Tarnicy, z którego rozciąga się szeroka panorama.
     Tarnicę osiągnęliśmy o godzinie 15.30 i dajemy sobie pół godziny przerwy na regenerację sił i posiłek. Tarnica spośród innych bieszczadzkich szczytów wyróżnia się tak, jak Giewont spośród tatrzańskich - na szczycie zamontowano kilkumetrowej wysokości kratownicowy krzyż, który upamiętnia wizytę Karola Wojtyły w 1953 w Bieszczadach.
     O 16 rozpoczynamy zejście w kierunku Ustrzyk Górnych. Po drodze czekają na nas jeszcze dwa krótkie podejścia, pozostałe odcinki sprowadzają nas tylko w dół. Do linii lasu jest jeszcze stromo i kamieniście, później - po wejściu do lasu - coraz łagodniej. Ścieżka stopniowo zamienia się w drogę bitą, a ta w asfaltową, która doprowadza nas do Ustrzyk. W "Kremenarosie" meldujemy się o 18.10. Dla kogoś, kto po raz pierwszy - jak my - był w Bieszczadach, wycieczka w piękny dzień pętlą Ustrzyki Górne - Halicz - Tarnica - Ustrzyki Górne pozostanie na długo w pamięci.

Poniedziałek (dzień 3):
Polonina Carynska
     Tego dnia postanowiliśmy wstać wcześniej, toteż o 7.45 jesteśmy już na rogatkach BdPN, co pozwala nam na niepłacenie haraczu wejściowego. Pomimo wczesnej pory zaczyna nam doskwierać gorąco. Ten dzień zapowiadał się upalnie, i taki też był w istocie. Podejście jest mozolne, prowadzi cały czas lasem, ale jest dość urozmaicone. Na skraju lasu smarujemy się kremem z dobrym filtrem i wychodzimy na grzbiet Połoniny Caryńskiej. Po drodze ciekawy obrazek - przy skrzyżowaniu z zielonym szlakiem w kierunku na Magurę Stuposiańską, natrafiamy na biwak i grupę śpiących ludzi. Na szczycie góry, na środku szlaku... Co kto lubi...
     Z najwyższych partii Połoniny Caryńskiej roztaczają się nieprawdopodobne wręcz widoki - jak okiem sięgnąć góry! Idziemy dalej, czeka nas jeszcze krótkie (acz dość odczuwalne) "w górę", by za moment było tylko "w dół", naraz bardzo stromo, po chwili łagodnie, początkowo otwartym terenem, dalej lasem podobnym do poprzedniego. Po dojściu do Brzegów Górnych napotykamy tablicę "sklep, mini-bar - 200 m". Jako, że strzałka prowadziła w prawo, za zakręt, nie zdecydowaliśmy się sprawdzać prawdziwości tego oznaczenia. Nadmienić należy, że poza budką BdPN (zaopatrzoną głównie w pamiątki, słodycze i napoje) tuż przy przystanku PKS, w tym miejscu nie ma żadnych zabudowań. Jest tylko skrzyżowanie, owa budka i wspomniany znak. Z racji przebytej drogi i sporego już zmęczenia (upał powyżej 30 stopni Celsjusza), robimy półgodzinną przerwę.
     W dalszą drogę wyruszamy z uzupełnionym zapasem glukozy. Mimo tego, już pierwsze minuty podejścia dają nam solidnie popalić, gdyż dłuższy czas idziemy odkrytym POŁUDNIOWYM zboczem, na którym drzewa i krzewy pojawiają się tylko co jakiś czas. Niemal każdy napotkany cień skrzętnie wykorzystujemy, niezbyt szybko posuwając się w górę. Szlak wznosi się dłuższy czas równomiernie, po ok. 30-45 min zaczyna lawirować między krzewami i drzewami. I tu zaczynają się dosłownie rozumiane schody. Stopnie sięgają czasem do kolan, toteż wychodzenie po nich jest uciążliwe. Dodatkowo ten odcinek jest naprawdę stromy, choć (na szczęście) w większości prowadzi lasem. Po wyjściu z lasu szlak wyrównuje bieg i delikatnymi wzniesieniami prowadzi do "schroniska" Chatka Puchatka.
     Schronisko jest niewielkie (zaledwie 20 miejsc noclegowych w dwóch salach), choć wygląda na to, że podlega rozbudowie. Z racji swojego położenia, ceny skutecznie mogą odstraszyć (woda mineralna 1,5 l - 5 zł, piwo dla wczasowiczów - 7 zł, dania gorące - był tylko bigos i żurek - 8 i 12 zł). Sam nocleg kosztuje 16 zł z własnym śpiworem. Obok schroniska kibelek, standardu jakiegokolwiek brak, a nazwa "kacze doły" na ścianie mówi sama za siebie. Prysznic można zapewnić sobie tylko w strumyku ok. 400 m poniżej schroniska a w budynku brak bieżącej wody! W "Chatce Puchatka" skonsumowaliśmy rosołki instant i równie instant ruszyliśmy w dalszą drogę.
     Szlak wiedzie przyjemnie grzbietem Połoniny Wetlińskiej aż do Osadzkiego Wierchu. Tutaj natykamy się na większe skupiska skalne oraz ludzkie - ogólnie rzecz biorąc, Połonina Wetlińska, z racji położenia blisko bieszczadzkich ośrodków turystycznych jest licznie odwiedzana przez turystów. Na tym fragmencie natkniemy się na największy ruch na szlaku pomiędzy Ustrzykami oraz Krynicą. Wąską ścieżką schodzimy do przełęczy Orłowicza. Około 25 minut zajmuje wyjście z niej na Smerek. Ostatni szczyt w paśmie Połoniny Wetlińskiej pozwala nam nacieszyć oczy widokiem na całą jej pozostałą część, a także na wsie leżące u stóp: Smerek (wieś), Wetlinę, Kalnicę oraz dalej - Cisną. Łatwo go poznać po zlokalizowanym na nim krzyżu.Schodzimy w dół stromymi zakosami aż do granicy lasu, ścieżką raz bardzo szeroką, to znów bardzo wąską. Po pierwszym wywłaszczonym odcinku w lesie natrafiamy na źródełko z bardzo smaczną wodą.
     Na nocleg decydujemy się w oddalonym o ok. kilometr od szlaku schronisku PTSM w Kalnicy, który niniejszym polecamy. Szczęśliwie, okazało się, że tego wieczoru schronisko było puste (jeden współlokator na 42 miejsc wolnych), jakaś grupa miała zjawić się dopiero nazajutrz. W oczekiwaniu na Panią Kierownik (bardzo miłą, notabene), skorzystaliśmy z położonego tuż obok budynku PTSMu baru fast-food z daniami "typowymi" - hamburger, hot-dog, fasolka, itp. Cena noclegu (studenci i młodzież szkolna) to ok. 15 zł. wraz z taksą klimatyczną. W budynku jest ogólnodostępna kuchnia, łazienka z prysznicem i ubikacja. Warunki jak najbardziej w porządku. W pobliżu znajduje się też dobrze wyposażony sklep spożywczy otwarty do 19 (jest to o tyle istotne, że zaliczenie dwóch połonin w jeden dzień jest bardzo męczące).

Wtorek (dzień 4):
Male Jaslo
     Dzień wstał taki, jak poprzednie - upalny. Z każdą godziną miało się też robić coraz bardziej duszno, ale to okazało się już na trasie. Tymczasem był poranek, a my z wielkim żalem opuszczaliśmy PTSM w Kalnicy i drogą asfaltową maszerowaliśmy do Smreka (chodzi o wieś). Po drodze natykamy się na stary nasyp wraz z torem kolejki wąskotorowej, dawno już zarośnięty i nieczynny. Gorąco było już niemiłosiernie, ale to też z tego powodu, że wyszliśmy dopiero o 9.00, gdyż odcinek Smerek - Cisna miał być jednym z łatwiejszych i krótszych na trasie. Do godziny 10.00 maszerujemy ciągle przypiekani promieniami słonecznymi, początkowo rzeczonym asfaltem, po czym skręcamy w prawo na drogę kamienistą, która wyżej zamienia się w polną, a ta w typowo górską ścieżynę. W tym miejscu wkraczamy też do lasu, co przynosi znaczącą ulgę i pozwala nieco odetchnąć od upału.
     Odcinek prowadzący lasem do najłatwiejszych jednak nie należy, prawdopodobnie przy jakichkolwiek opadach ścieżka najpewniej zamienia się w rwący potok, sądząc po wyżłobieniach i korytach w niektórych miejscach. Dodatkowo chwilami jest naprawdę "ostro" w górę, a po przekroczeniu drogi wybudowanej na miejscu dawnego nasypu kolejki leśnej - dokładnie prostopadle do gęsto usłanych warstwic, i to na odcinku ok. 1,5 km. Po osiągnięciu polanki na pierwszym wypłaszczeniu terenu mamy okazję zobaczyć pierwsze "pole borówkowe*". W takiej ilości i takiego smaku nie spotyka się chyba nigdzie indziej. Jak się okazało, to była dopiero przygrywka do prawdziwej uczty, a pola tego pysznego owocu rozsiane były wzdłuż szlaku na ogromnych połaciach. Były bardzo dojrzałe, ponieważ strome stoki skutecznie odstraszają okolicznych mieszkańców, których i tak nie ma za dużo. Do smaku można było dorzucić także dzikie maliny, równie smaczne i słodkie. Poza smakami i bogactwem flory, dało się tu także doświadczyć bogactwa fauny. Pomimo, że nie spotkaliśmy się na razie oko w oko z żadnym dzikim zwierzęciem, tym niemniej łąki bieszczadzkie naprawdę żyją, i jest to odczuwalne. Przez cały czas spędzony w Bieszczadach ma się wrażenie, że tuż obok coś chodzi, co rusz jakieś drobne zwierzę przemyka się między nogami, jaszczurki uciekają spod butów, żaby przeskakują z kamieni. One wszystkie wiedzą, że są tam w u siebie, i tak właśnie powinno pozostać, a człowiek powinien być tylko cichym gościem i szanować spokój mieszkańców.
     Po przejściu Fereczatej, dochodzimy do skrzyżowania z niebieskim szlakiem granicznym, by po 15 minutach dojść na Okrąglik (z ciekawym widokiem na stronę słowacką). Czerwony szlak wznosi się jeszcze przez ok. 20 minut, wyprowadzając nas na szczyt Jasła łagodnym, ale nasłonecznionym zboczem. Okolica szczytu Jasła będzie dla nas pożegnaniem z połoninami, gdzie mamy takową w nieco miniaturowej wersji. Decydujemy się na chwilę odpoczynku. Z Jasła szlak zbiega nieco w dół, następnie wspina się nieznacznie w górę, by wyprowadzić nas na Małe Jasło. Stąd idziemy już tylko lasem i tylko w dół, momentami bardzo stromo. Przed samą Cisną, po przekroczeniu kamienno-asfaltowej drogi, teren się wyrównuje. Po prawej stronie ścieżki mijamy obelisk upamiętniający katastrofę policyjnego śmigłowca w 1991 r. Po przejściu ok. 500 m docieramy do rzeki, wzdłuż której idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów malowniczą ścieżyną. Do Cisnej wchodzimy CZYNNYM mostem kolejki wąskotorowej.
     Cisna nie jest dużą miejscowością, ale dla regionu bardzo ważną. Z interesujących nas rzeczy jest tu sporo dobrze zaopatrzonych sklepów, barów i kwater oraz pensjonatów. My jednak zdecydowaliśmy się tylko na posiłek i zakupy, a na nocleg udaliśmy się do Bacówki "Pod Honem", która stanowi doskonały punkt wypadowy w dalszą drogę. Do bacówki z centrum Cisnej idziemy jeszcz ok. 20-30 min. pod górkę, najpierw asfaltem, potem drogą kamienistą. Co warte podkreślenia - można tu dojechać samochodem. Mimo tego, jest to jedno z najpiękniejszych i najspokojniejszych schronisk górskich, w jakim dane mi było spędzać noc. Uroku dodają mu też gospodarze, którzy dbają o swoich gości a wieczorami chętnie przysiadają się do towarzystwa, można usłyszeć historie związane z okolicą, z przybywającymi tam turystami, wspólnie pośpiewać, pośmiać się. A klimat miejsca do tego jak najbardziej nastraja. A te gwiazdy za oknem... Mus dla turysty zatrzymać się właśnie tu.

* Borówka (Vaccinium) - ok. 130 gatunków krzewinek z rodziny wrzosowatych, wiele dostarcza smacznych owoców zbieranych ze stanu dzikiego lub z uprawy, w Polsce w środowisku naturalnym występują 3, z których najpopularniejsza jest borówka czernica, zwana też czarną jagodą. Rozwiązanie sporu językowego "borówka czy jagoda" nie jest zatem możliwe, gdyż obie nazwy są poprawne; jak na krakusów i większą część Polski przystało operujemy "borówką"

Środa (dzień 5):
Jeziorka Duszatynskie
     Ok. godziny 8.15, po dobrej jajecznicy zjedzonej jeszcze "Pod Honem", wyruszamy w trasę po ostatnim odcinku Bieszczad. Po bardzo ostrym podejściu fragmentami stoku narciarskiego - ok. 20 min. - osiągnęliśmy grzbiet Hona, z którego jeszcze 150 metrów przewyższenia na Osinę. Od tego momentu szlak prowadzi porośniętym gęstym lasem grzbietem (za wyjątkiem kilku niewielkich polanek), nie ma dużych różnic wysokości. Jest to o tyle istotne, że droga tamtędy w dni upalne niemal nie męczy. Stąd jeszcze na szczyt pasma Jaworne i w dół do Przełęczy Żebrak. Na przełęcz dotarliśmy ok. 13.00. Źródełko, które podobno (wg. map) jest poniżej przełęczy, nie zostało przez nas zlokalizowane, polecamy więc wziąć sporo wody na drogę, gdyż nie ma gdzie jej braku uzupełnić. Szlak z przełęczy dość łagodnym stokiem, później wyrównując, znów się pochylając i znów wyrównując, wyprowadził nas na Chryszczatą. Niech nie zmyli Was oznakowanie na mapie - cała okolica jest porośnięta lasem, w tym również sam szczyt Chryszczatej. Nie ma tu zatem żadnej mowy o punkcie widokowym. Trudno też odnaleźć jakiekolwiek ślady cmentarza z I wojny światowej, poza betonowym, wysokim na 7 m obeliskiem na wierzchołku. Pojedyncze groby nieznanych żołnierzy spotykaliśmy wcześniej przy zejściu z Jawornego i przy wyjściu na Chryszczatą.
     Na czubku góry zjedliśmy posiłek i udaliśmy się w dalszą, niezbyt jednak przyjemną drogę. Dla mnie fakt bolącego kolana był nieznośny, dla Kamila - męczący, gdyż musiał słuchać całą pozostałą drogę moich narzekań. Ból, z jakim musiałem się borykać skutecznie też spowalniał nasz marsz, przez co z każdą godziną robiliśmy się bardziej nerwowi. Droga w dół z Chryszczatej tymczasem jest dość malownicza, momentami stroma (to miejsce po wielkim osuwisku z początku ubiegłego stulecia), prowadząc nas do przepięknych Jeziorek Duszatyńskich. Usytuowane w środku lasu, z dala od cywilizacji, są rajem dla oczu. Dla mnie były chwilą oddechu i zapomnienia o nodze. Pomimo, że jeziorka są dość na uboczu, warto - przyjeżdżając w Bieszczady - zaglądnąć także tu. Żeby jednak nie było tak cudownie, to już kilka minut marszu od jeziorek rozpoczyna się najgorszy chyba fragment na całej długości GSzB! Droga, którą przebiega szlak, jest tak niesamowicie rozjeżdżona, że przez jej większą część nie da się iść inaczej, jak tylko wąską ścieżyną obok. Jeżeli olbrzymie kałuże wielkości stawów i zwały błota utrzymują się tam w czasie takich susz, to nie chcę myśleć, jak droga wygląda po kilkudniowych opadach. Koszmar! Poza tym, droga nieco się dłuży. Dojście do Duszatyna zajęło nam ok. półtorej godziny. Duszatyn przywitał nas opuszczonym budynkiem a'la PGR i stajnią, również pustą. Klika domostw, pole namiotowe i sezonowo czynny bar w dawnym budynku stacyjnym oraz zarośnięta linia kolejki wąskotorowej z Woli Michowej do Rzepedzi (rewitalizacja tej bardzo malowniczo położonej linii jest planowana na najbliższe lata). W barze podają zimne napoje, piwo, słodycze oraz typowe dania ciepłe, m.in. pyszny bigos. Dowiedzieliśmy się tam, że fatalny stan drogi do Jeziorek Duszatyńskich jest efektem wykorzystywania jej do zwózki drewna ciężkim sprzętem, a także, że są plany przebudowania GSzB na tym odcinku i poprowadzenia go powyżej poziomu obecnej drogi, lasem. Z Duszatyna do Prełuk idziemy drogą o dziwnej, niby asfaltowej momentami nawierzchni (też ma być remontowana), w Prełukach przekraczamy rzekę Osławę mostem drogowym, mijamy zabudowania dawnej stacji kolejki, by po wejściu na leśną ścieżkę wspiąć się na grzbiet oddzielający nas od Komańczy. Uwaga! Na grzbiecie nawet po długotrwałej suszy jest bardzo mokro, a niektóre odcinki trasy są wręcz zabagnione, dlatego po opadach koniecznie należy ten odcinek omijać, trzymając się drogi (prawie) asfaltowej. Las na grzbiecie jest niewielki, ale bez znaków łatwo tu pobłądzić. Przeprawa przez wzniesienie zajęła nam ok. godziny. Mocno kulejąc i narzekając dowlokłem się do schroniska leżącego po drugiej stronie Komańczy, które - podobnie jak bacówka "Pod Honem" - stanowi dobry punkt wypadowy na dalszą trasę.
     Sama Komańcza to miejscowość ze sporą jak na takie warunki stacją kolejową (w wakacyjne weekendy można tu dojechać pociągiem z Zagórza), kilkoma sklepami (w tym supermarketem) oraz restauracją. Schronisko położone jest 400 m poniżej klasztoru, w którym internowany był Prymas Tysiąclecia - Kardynał Stefan Wyszyński.
     Schronisko ma do zaoferowania miejsca w budynku (całoroczne), jak i domki (sezonowo). My spaliśmy w domku za rozsądną cenę (15 zł). Standard to łazienka z prysznicami (z ciepłą wodą między 20 a 22) oraz WC w budynku. Jedzenie bardzo dobre, ceny przyzwoite - w końcu prowadzi tu droga asfaltowa. Polecam "Kotlet szefa" i deser lodowy - świetne danie. Niestety, trzeba liczyć się tutaj z obecnością grup kolonijnych i wczasowiczów - schronisko leży zbyt blisko drogi głównej i jest - o ironio - zbyt dobrze oznakowane. Postanowiliśmy zregenerować tu siły jeden dzień, pozwolić odpocząć nogom i uzupełnić prowiant. Przy okazji mieliśmy okazję zobaczyć klasztor, wyglądający notabene bardziej na dom wczasowy z początku wieku, niż na budynek sakralny. W środku jest ładna kaplica oraz pokój z pamiątkami po Kardynale Wyszyńskim.

Czwartek (dzień 6):

Przerwa!


BESKID NISKI

Piątek (dzień 7):
Na szczycie Kamienia
     O 7.15 na dobre rozstaliśmy się z Bieszczadami i weszliśmy w Beskid Niski. Pierwszy etap wyprawy został za nami, my tymczasem wspinaliśmy się dość stromą, leśną ścieżką. Po łagodnym wypłaszczeniu terenu szlak wychodzi z lasu na rozległą łąkę która jednak już w niczym nie przypomina bieszczadzkich połonin. Jest tu dość wilgotno, ale nie warto za daleko odchodzić od szlaku, który łatwo tu zgubić. Należy jednak nadmienić, że na większości trasy do Puław oznaczenie szlaku jest bardzo dobre i nieźle widoczne, a przynajmniej znacznie lepsze, niż się tego spodziewaliśmy. Prawdopodobnie znaki są świeżo naniesione. Oznaczenie oznaczeniem, a ruch turystyczny swoją drogą, a ten na odcinku do Kamienia jest znikomy (tzn. słyszeliśmy, że jest), natomiast dalej nie panuje wcale (co zostało przez nas stwierdzone).
     Polana, którą osiągnęliśmy po kilkudziesięciu minutach marszu to Wahalowski Wierch. Po wyjściu z lasu należy iść cały czas wzdłuż drogi, aż do wieży triangulacyjnej położonej na szczycie wzniesienia. W tym momencie wszyscy, którzy bezgranicznie ufają mapom niech mają się na baczności, gdyż na tym fragmencie szlak uległ korekcie. Zgodnie z nowym jego przebiegiem, skręcamy w prawo w dół i idziemy w kierunku bazy namiotowej Jaworne, by po kilkudziesięciu metrach odbić w lewo. Dość zarośnięta droga doprowadzi nas na skraj lasu. W lesie kontynuujemy marsz niespecjalnej jakości ścieżką, pełną kałuż, powalonych drzew czy wąskich przesmyków przez zarośla. Jej niewątpliwą zaletą jest jednak sam fakt bycia widoczną. Niestety las poza swoją dzikością jest też śmierdzący, sporo tu grzybów, które niesłychanie cuchną, a ich odór towarzyszył nam będzie na tym odcinku aż do końca (Phallus Impudicus -Sromotnik Bezwstydny). Przez kilkadziesiąt minut do Kamienia szlak prowadzi nas szeroką i wygodną leśną ścieżką. Formacje skalne na szczycie mija od lewej strony, przez co można ich w ogóle nie zauważyć! Po wyjściu z lasu mijamy kapliczkę i kierujemy się miedzą przez polanę, a właściwie - przez koszoną łąkę. Jest to dość charakterystyczny obrazek tej okolicy - takich łąk widać sporo, tymczasem osiedla ludzkie są dość oddalone. W następnej kępie drzew wchodzimy na drogę bitą i idziemy nią kilkaset metrów. Po prawej stronie widać wyciąg narciarski, w dole pasiekę. Widok wyciągu wzbudził we mnie skojarzenia z dużymi stacjami narciarskimi, z pełną infrastrukturą oraz zapleczem gastronomiczno - hotelowym. A tutaj wyciąg - jeden, niewielki, absolutnie żadnej infrastruktury a w promieniu kilku kilometrów brak nawet domostw. I jak tu dojechać? A jednak wygląda na użytkowany zimą. Ot - ciekawostka.
     Jako, że kolejny już dzień lał się z nieba ogromnym żarem, pora była dobra do odpoczynku. Tak więc zdecydowaliśmy się na późne drugie śniadanie w położonej na pierwszej łączce od drogi wiacie. Wiata z lekka rozsypywała się, jednak jest jedynym tego typu miejscem na szlaku tego dnia. Od tej właśnie wiaty, położonej na lewo od drogi rozpoczyna się podejście na Tokarnię. Z niemałą konsternacją czytaliśmy opis wejścia na Tokarnię przez jedną z grup korytem strumienia. Fakt - szlak bardzo łatwo tu zgubić, przez pewien okres (na łąkach stanowiących pierwszą część podejścia) natrafia się na znaki ledwie dwa lub trzy razy. Pojawiają się na rzędzie drzew po lewej stronie, co może zmylić, gdyż trzeba kierować się prosto do góry, słabo udeptaną ścieżką, aż do betonowej studni. Tam rozpoczyna się ścieżka przez niesamowicie zakrzaczony rejon, samej ścieżki prawie nie widać, jest za to pełno pokrzyw, różnego rodzaju krzewów, roślin z kolcami, chwastów, małych drzew. Przeprawa, pomimo, iż krótka, jest dość wyczerpująca, szczególnie z dużym bagażem na plecach - co chwilę trzeba się przeciskać pod gałęziami. Po kilkunastu minutach wychodzimy na wygodną polną drogę. Uff... Co istotne, osoby idące z przeciwka mogą przeoczyć owo wyjście, dlatego polecam szczególną uwagę w tym miejscu jeśli już schodzisz z Tokarni. Po kolejnych kilkunastu minutach osiągamy kulminację Tokarni, z charakterystycznym masztem RTV i telefonii komórkowej. Obok masztu jest ładna łączka, z której skorzystaliśmy i usiedliśmy na dłuższą chwilę. I to nawet nie dlatego, że byliśmy zmęczeni, choć gorąco dawało znać o sobie, ale widok - coś niesamowitego! Rozległa panorama na Bukowsko i okolice nie pozwalała oderwać od siebie oczu, wokół same pola i łąki, spokój... Jednym słowem - sielanka! Wśród tych pól i łąk schodzimy nieco w dół, idąc dobrą drogą polną (do takiego masztu musi być zapewniony dobry dojazd), mając dokładnie na wprost przed sobą inny maszt, biało - czerwony, taki, na jakim wiesza się flagi. Należy za wszelką cenę kierować się właśnie w jego kierunku, nas tymczasem za skrzyżowaniem polnych dróg znaki wyprowadziły na polanę, z której nigdzie nie dało się wyjść. Dlatego na owym skrzyżowaniu prawdopodobnie należy skręcić na ukos w lewo - tak, jak prowadzi szlak żółty, który w tym miejscu spotykamy - by po chwili skręcić w prawo. My poszliśmy następną drogą patrząc w prawo - nie jest to dobra droga, a najłatwiej po prostu iść w kierunku wspomnianego masztu. Dalej jest już nasz czerwony szlak. To miejsce również przeszło zmianę przebiegu szlaku, który nie jest jeszcze wniesiony na wszystkie mapy, stąd zamieszanie.
     Od tego momentu idziemy drogą przez las. Mając pecha, na dalszym odcinku można spotkać wilka. Uważać należy też na żmije, szczególnie przy wysokich temperaturach i na nasłonecznionych stokach, których tu nie brakuje. Następne kilka kilometrów jest względnie nudne. Idziemy to się w znosząc, to opadając nieznacznie, pasmem Bukowicy aż do spotkania ze szlakiem zielonym. Od tego miejsca do zejścia na drogę prowadzącą bezpośrednio do Puław - ok. 45 minut. W Puławach górnych jesteśmy o godzinie 18.30. Bazę noclegową stanowi tu tylko agroturystyka (ceny 15 zł./os.)
     Tego dnia po drodze nie spotkaliśmy wody nadającej się do picia, o jakimkolwiek sklepie można zapomnieć, nie spotkasz tutaj też ludzi. Te trzy fakty należy brać pod uwagę wychodząc na ten odcinek szlaku.

Sobota (dzień 8):
Przedmieścia Iwonicza
     Na trasę wyruszyliśmy o 8.15, mocno kulawi, ale też nieźle wypoczęci. Z Puław Górnych aż do Wisłoczka idziemy drogą asfaltową, co jest sporą odmianą. Po ok. 2,5 km zatrzymujemy się w sklepie w Puławach Dolnych (do którego trzeba na podejść kilkadziesiąt metrów skręcając na skrzyżowaniu przy przystanku PKS w lewo), który - uwaga! - otwarty jest tylko rano i popołudniu. Na szczęście jest nieźle zaopatrzony i pozwala nam uzupełnić zapas - szczególnie wody. Stąd idziemy już bezpośrednio do Wisłoczka, po drodze przekraczając rzekę Wisłok, która fantastycznie odkrywa ułożenie skał - geolog miałby tu z pewnością na czym oko zawiesić. Do Wisłoczka dochodzimy o 10.45. Istotne jest, że od Puław, aż do Działu brak jest w zasadzie zasięgu jakiejkolwiek sieci telefonów komórkowych.
     W Wisłoczku znajduje się baza namiotowa, gdzie można przenocować za niewielkie pieniądze. My jednak idziemy dalej; po kilkudziesięciu metrach w górę drogi szlak skręca w prawo i przekracza dwa potoki, po czym znów odbija w prawo. Uwaga! Na nas czekała tu niespodzianka w postaci konieczności przejścia przez ogrodzenie przypominające elektrycznego pasterza! Na szczęście - nie było pod napięciem. Tym razem, pomimo wątpliwości, znaki prowadzą dobrze, wkrótce idziemy już lasem. Ścieżka na Dział nie jest jednak zbyt sympatyczna. Rośnie tu wiele chwastów i pokrzyw pomimo, że to środek lasu. Po osiągnięciu kulminacji wzniesienia jeszcze kilka minut idziemy do wyjścia na łąkę, którą osiągamy po godzinie marszu z Wisłoczka. Łąkę tą, jak również i następną, przechodzimy na ukos, następnie jeszcze trochę zarośli, by dojść do dosyć charakterystycznego miejsca wypoczynkowego na skraju lasu, gdzie przygotowano ławki, przechodzi tędy też droga polna. Nieopodal znajdują się ruiny cerkwi, z której zostały tylko kamienne pamiątki, m.in. chrzcielnica.
     Droga polna, którą teraz idziemy, jest użytkowana do zwózki drewna, jednakże nie jest to na pewno działalność tak intensywna jak w Duszatynie. Idzie się dość wygodnie. Po lewej stronie, przed wejściem do Rymanowa - Zdroju, mijamy stawek - rezerwat ptaków. Przechodzimy przez parking i już jesteśmy w Rymanowie. W centrum miejscowości szlak mija przystanek PKS i bar - bistro, gdzie tylko W RAZIE POTRZEBY można zjeść coś ciepłego, są także lody, gofry oraz wszelkiej maści słodycze i napoje (Uwaga! Oszukują na wadze posiłków i przy wydawaniu reszty!). Czerwone znaki przekraczają most w centrum Rymanowa - Zdroju i odbijają w lewo. Jeszcze kilkadziesiąt metrów idziemy asfaltem, który przeradza się dalej w górską, żwirowo - kamienną drogę. Po dość męczącym podejściu, prowadzącym znów przez las, mamy okazję zaobserwować mini - pustynię, o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych, a wrażenie autentyczności tego miejsca potęgowała naprawdę spora ilość piasku i palące słońce. Tuż obok drogi leśne krzyżują się. Od skrzyżowania jeszcze klika minut marszu w górę, później wąską ścieżką zakosami w dół (okolica przypomina tu rejon Morskiego Oka w Tatrach) do potoku, który przeskakujemy i wychodzimy do góry na przeciwległy stok. Nieco wyżej wychodzimy na powrót na leśną drogę, przy której znajdujemy wiatę, i to w miarę nową, najwyżej kilkuletnią. Po około 20 minutach marszu natykamy się na kolejną. W ciągu tych kilkudziesięciu minut od wyjścia z Rymanowa - Zdroju spotkaliśmy też kilka osób na trasie, co również zdradza charakter szlaku i jego położenie pomiędzy dwiema miejscowościami uzdrowiskowymi. Na jednym z wzniesień (prawdopodobnie była to Sucha Góra), tuż przy trasie, można zobaczyć odwiert naftowy, raczej już niewykorzystywany. Nieco dalej natknęliśmy się na kolejne dwa oraz zabudowania związane z eksploatacją ropy z tutejszych złóż. Droga - już teraz asfaltowa - prowadzi nas jeszcze kilkaset metrów, po czym dochodzi do zabudowań. Szlak w tym miejscu zbacza w lewo, ścieżką przez las, by następnie drogą bitą dojść do Iwonicza - Zdroju. Odcinek, który przebyliśmy tego dnia, nie odznaczał się właściwie żadnymi trudnościami. Nie było stromych podejść, dużą część trasy pokonuje się drogami asfaltowymi i leśnymi.
     W Iwoniczu jesteśmy o godzinie 17 i niemal od razu znajdujemy nocleg za 15 zł. Po odświeżeniu się ruszamy w Iwonicz. Nie ma problemu jeśli chodzi o zakupy, my zrobiliśmy je w delikatesach "Centrum" otwartych codziennie. Polecamy również restaurację - pizzerię, położoną po tej samej stronie ulicy co delikatesy, idąc w stronę starej pijalni. Pizza (brak podziału na rozmiary, jest tylko jeden, za to naprawdę duży) kosztuje od 8 do 17 zł, a w smaku jest naprawdę przednia. Również obsługa zasługuje na pochwałę. Ogólnie - warto od czasu do czasu zjeść coś normalnego w normalny sposób. Po posiłku oglądamy starą część Iwonicza - Zdroju, która robi na nas pozytywne wrażenie i - co do tego również jesteśmy zgodni - jest prawdopodobnie ładniejsza niż Krynica - Zdrój.

Niedziela (dzień 9):
Gdzies miedzy Chyrowa a Katami
     Ten dzień nie zapowiadał się na spacerek. 34 kilometry do przejścia wymusiły na nas wcześniejszą pobudkę i wyjście na trasę jeszcze przed 7.00 rano. Przechodzimy zatem przez puste o tej porze centrum Iwonicza-Zdroju i wychodzimy w stronę Lubatowej. Tuż za Iwoniczem, po prawej stronie, dostrzegamy skocznię narciarską, której stan techniczny pozostawia raczej wiele do życzenia. Całą drogę z Iwonicza do Lubatowej idziemy drogą, raz asfaltową, raz betonową, później znów asfaltową. Po osiągnięciu pierwszych zabudowań Lubatowej mamy okazję podziwiać pierwszą rozleglejszą panoramę tego dnia. W kilkanaście minut schodzimy ze wzniesienia do centrum wsi. Przechodzimy obok ładnego neogotyckiego kościoła, mijamy też kilka (!) sklepów, co bezwzględnie należy wykorzystać, jeśli ktoś nie zrobił zakupów w Iwoniczu, gdyż następny sklep spotkamy dopiero w Kątach. My po krótkich zakupach ruszamy w dalszą drogę. Obieramy kierunek na Duklę i znów drogą asfaltową wychodzimy do góry. Na szczycie wzniesienia szlak czerwony odbija w lewo i początkowo polami, po chwili lasem, niezbyt ostro się wznosi. Po kilkunastu minutach szlak niespodziewanie skręca w prawo. Tu rozpoczyna się pierwsza część podejścia na Cergową. Jest ostro, a po opadach błotnisto. Chwilka wypłaszczenia pozwala złapać oddech, zakręt w lewo i druga część, która daje się odczuć w nogach jeszcze bardziej niż poprzednia. Jeszcze kilka minut równą i przyjemną ścieżką i jesteśmy na Cergowej - 40 minut przed planowanym czasem przyjścia, robimy zatem przerwę na drugie śniadanie. Niestety, z góry niewiele widać - jak z większości okolicznych szczytów, które porośnięte są lasem. Po drodze zdarzają się jednak prześwity, przez które możemy uszczknąć nieco widoku w kierunku północnym. Z Cergowej sprowadza nas łagodne zejście aż do granicy lasu z polami uprawnymi. W tym miejscu ścieżka zmienia się w stromy stok, dużo gorszy niż ten, po którym wcześniej musieliśmy piąć się w górę. Po około 100 - 150 metrach wychodzimy na otwartą przestrzeń - łąki i pola przed Nową Wsią. Nowa Wieś nie imponuje niczym, o sklepie czy jakiejkolwiek gastronomii możemy zapomnieć. Przechodzimy tutaj przez ruchliwą drogę prowadzącą do przejścia granicznego w Barwinku.
     Po zejściu z drogi pniemy się zagajnikami i polami pod górę. Na tym odcinku należy szczególnie uważać na nienajlepsze oznaczenie przebiegu szlaku. 45 minut od Nowej Wsi docieramy do  Pustelni Św. Jana z Dukli, bardzo ładnego miejsca dość licznie odwiedzanego przez wycieczki i turystów indywidualnych, pomimo jego położenia na uboczu. Teren wokół tego miejsca jest zagospodarowany, są alejki, ławki, w centralnym punkcie jest źródełko oraz interesująca kaplica. Polecamy to jako doskonałe miejsce na chwilę odpoczynku. Stąd idziemy najlepszym tego dnia odcinkiem szlaku. Niewielkim zakolem i lekkim podejściem omijamy Garb, dalej - w okolicy Kamiennej Góry - jest już równo. Na tym fragmencie nie natrafiamy na żadne niespodzianki. Dłuży się natomiast prowadzące pośród łąk odsłonięte zejście do Chyrowej. W Chyrowej tuż przy szlaku znajduje się prywatne schronisko w którym można dobrze zjeść (to co akurat mają) i przenocować (standard jest raczej wysoki). W okolicy jest też kilka domów z agroturytyką, sklepu niestety brak. Można zobaczyć bardzo ładną cerkiew przerobioną na kościół.
     Ostatni odcinek tego dnia jest dosyć długi, niezbyt przyjazny (wysokie trawy), znaki często "na chwilę" znikają - przynajmniej przez pierwsze kilkadziesiąt minut. Jeśli przejdziemy przez plątaninę ścieżek na wzniesieniu, dalsza część jest już dobrze oznaczona. Przechodzimy przy tym przez polany, z których rozpościerają się doskonałe widoki na obie strony grzbietu - trudno to przegapić. Stąd schodzimy do Kątów. Na miejscu jesteśmy ponad godzinę przed czasem, bez problemu znajdując nocleg w jednym z gospodarstw agroturystycznych, położonym tuż obok głownej szosy i sklepu. W miejscowości znajdziemy zarówno sklep, jak i bar.

Poniedziałek (dzień 10):
Wejscie do Magurskiego Parku Narodowego
     Z Kątów wychodzimy o 8.45, uprzednio zaopatrując się w sklepie. Za mostem szlak skręca w drugą (!) drogę w lewo i pnie się polną drogą pośród drzew. Momentami prześwituje coraz ładniejszy widok, a po kilku minutach - po wyjściu na łąki - możemy podziwiać dość rozległą panoramę w kierunku północnym i wschodnim. Od tego momentu przez dłuższą chwilę wędrujemy polnymi drogami po dość równym terenie, a po chwili skręcamy w prawo w stronę lasu. Już pomiędzy drzewami zaczynamy podchodzić pod Kamień. Należy zwrócić uwagę, że w tym momencie znajdujemy się w ścisłym rezerwacie przyrody, co zdarza się niesłychanie rzadko, gdyż rezerwaty ścisłe objęte są całkowitym zakazem wstępu. W tym miejscu zrobiono wyjątek, co jednak obliguje turystę do odpowiedniego zachowania. Prawdopodobnie wyjątek ten został zastosowany ze względu na niewielki ruch turystyczny, a szlak przecinający teren został wytyczony przed utworzeniem rezerwatu. Naprawdę ostre, ale ciekawe i niezbyt nieprzyjemne podejście pod szczyt Kamienia jest odczuwalne w nogach. Odtąd, aż do wyjścia z rezerwatu, ścieżka nie jest najlepsza, często jest zarośnięta lub podmokła. Nie ma natomiast problemu z oznakowaniem, "kolorek" pojawia się często i jest dobrze widoczny. Po opuszczeniu tego nieprzyjemnego odcinka trasa powoli zbiega do przełęczy Hałbowskiej, gdzie znajduje się dom myśliwski, przystanek PKS i wiata, w której można schronić się przed deszczem. Przez przełęcz prowadzi droga prowadząca do Krempnej.
     Od przełęczy Hałbowskiej idziemy szeroką i wygodną ścieżką, która wiedzie lasem. Jest dobrze oznakowana, nie ma też po drodze znacznych przewyższeń. Bardzo ostre wyjście czeka pod Kolaninem, jednak w stosunku do tego czego oczekiwaliśmy uznajemy je jednak za przereklamowane. Zejście jest łagodniejsze i sprowadza nas do przełączki, gdzie znajduje się kolejna wiata. W tym miejscu szlak zaczyna się wznosić, a po kilku minutach skręca w lewo w leśną ścieżkę. Odcinek ten nie należy do najciekawszych tego dnia. Nieco bardziej stromo, wspomnianą ścieżką wychodzimy na garb, który doprowadza nas na Świerzową. Schodząc, na przełęczy natrafiamy na jeszcze jedną wiatę przy skrzyżowaniu dróg leśnych. Taką właśnie kamienno-żwirową drogą idziemy przez chwilę lekko się wznosząc. Znów skręcamy w lewo do lasu, mijając ledwo cieknące źródełko. Na tym fragmencie mamy okazję po raz drugi tego dnia wejść do ścisłego rezerwatu przyrody. Przechodzimy zatem krótkim odcinkiem zahaczającym o rezerwat "Magura". Na skraju rezerwatu od czerwonych znaków odbija zielono znakowana trasa w kierunku na Folusz. Idąc dalej czerwonym szlakiem docieramy do rejonu Magury Wątkowskiej, zastając kamień upamiętniający mszę z 1953 roku, jeszcze jedną wiatę oraz kilka ławek. Całkiem stromo w dół schodzimy w kierunku przełęczy Majdan, a stąd z kolei zupełnie po płaskim w kierunku bacówki PTTK w Bartnem. Co warte odnotowania, czas przejścia ostatniego odcinka zgodny z tabliczkami kierunkowymi szlaków, jest (według nas) nieco zaniżony. Całą trasę z dnia dzisiejszego pokonaliśmy w około 9 godzin, wliczając w ten czas spore przerwy.

Wtorek (dzień 11):
Okolice Krzywej
     Bacówkę w Bartnem opuszczamy wyjątkowo późno, bo około godziny 11. Trasa tego dnia nie jest długa, wobec czego można było sobie pozwolić na chwilkę dłuższego spania. Do późniejszego wyjścia zostaliśmy nakłonieni też propozycją, której nie można się było oprzeć - grupa kolonijna akurat kończyła śniadanie, z którego jednak zostało mnóstwo jedzenia. Wobec tego zaoferowano nam posiłek za kilka złotych, z którego chętnie skorzystaliśmy. Śniadanie było wspaniałe, najedliśmy się do syta (a nawet bardziej) i tak z dodatkowym obciążeniem ruszyliśmy w trasę. Szlak zbiega spod schroniska kilka minut - ok. 200 m kamienną drogą do asfaltu, po czym skręca w lewo i polną drogą prowadzi nas kilkanaście minut w górę terenu wsi Bartne. Chwilę później droga odbija nieco w lewo, wchodzi do lasu i lekko podchodzi w górę. Mamy tu do dyspozycji szeroki trakt używany zapewne do zwózki drewna. Po pewnym czasie odbijamy w prawo i schodzimy w dół. Jeszcze chwila i wychodzimy z lasu do Wołowca. W tym miejscu uwaga na psa - chociaż my go nie spotkaliśmy, to na ścieżce były tabliczki ostrzegawcze umieszczone chyba nie przez przypadek. W Wołowcu natrafiamy na kilka domów, a cała wioska sprawia wrażenie lekko wymarłej. Po krótkim odpoczynku wracamy na drogę; chwilę idziemy asfaltem w kierunku południowym, po czym - wraz ze szlakiem żółtym - skręcamy w prawo. Od tej pory idziemy doliną pomiędzy szczytami Obszar i Ochabiska. Początkowo dolina przypomina jedną z dolin tatrzańskich, głównie z powodu kamienistej drogi, bystrego potoku po lewej i lasów świerkowych wokół. Również i ta droga jest wykorzystywana do transportu drewna, wobec czego bywa zniszczona, rozjeżdżona i - niestety - miejscami błotnista (niesłychanie kleisty rodzaj gliny!). Kilkakrotnie przyszło nam przeskoczyć strumienie spływające ze zboczy. Najbardziej zabagnione miejsce szlak omija z prawej strony, nieco się wznosząc. Następnie wraca na drogę, by tym razem zboczyć w lewo na leśną ścieżkę. W ciągu zaledwie kilku minut trzykrotnie musimy pokonać potok, pląsając po kamieniach, raz z pomocą rosnącego obok krzaka, drugi raz bez pomocy, a trzeci z utrudnieniem w postaci wartkiego nurtu - zabawa zapewniona. Ten odcinek trasy ogólnie jest dość mokry, a gorzej na pewno robi się po obfitych opadach. Dochodząc do Krzywej po prawej stronie widzimy pasiekę. Zaraz za nią skręcamy w lewo, by przejść nad osuwiskiem o wysokości kilku metrów - radzimy zwrócić baczną uwagę na to miejsce, gdyż jeden niepewny krok może przysporzyć nam niepotrzebnych kłopotów.
     Po przejściu przez drogę podchodzimy chwilę polaną na Popowe Wierchy, po czym szlak kryje się w lesie i mokra ścieżka wyprowadza nas szybko w górę. Chwilę po wyjściu na wierchy dochodzimy do budowanej drogi. Nie jest to jednak droga leśna, gdyż jej przygotowanie wygląda zbyt profesjonalnie. W tym miejscu znikają znaki - prawdopodobnie szlak przechodził dokładnie wzdłuż obecnie przygotowywanego pasa drogowego. Idziemy zatem przyszłą drogą, aż pojawi się strzałka przy betonowym słupku z białą głowicą, gdzie widzimy ponownie czerwone znaki wprowadzające z powrotem do lasu. Ostrzeżenia, które można znaleźć w Internecie i literaturze, a które dotyczą mokrych Popowych Wierchów, można włożyć między bajki. Po około godzinie marszu wierzchołkami wzniesień schodzimy do doliny. Zejście jest ostre, chociaż nie nastręcza większych trudności. Docieramy do Zdyni, a właściwie do Ługu, przez które to miejscowości biegnie droga prowadząca do przejścia granicznego ze Słowacją w Koniecznej. W Ługu sklep jest otwarty codziennie, również w niedzielę, i to dosyć długo (była godzina 17 i ani myśleli zamykać). Znaleźć go można tuż przy Ośrodku Nadleśnictwa.
     Z miejscowości wychodzimy drogą asfaltową przez mostek. W tym miejscu można zrobić skrót nie idąc do sklepu, a schodząc prosto z Popowych Wierchów - przez drogę i kładką nad rzeką. Dalej szlak wspina się łąkami ponad Zdynię w kierunku Rotundy, przed lasem nieco łagodząc podejście. Dopiero w końcowej fazie mamy znów nieco ostrzej pod górkę, a całe wyjście trwa około godziny. Na Rotundzie znajdują się bardzo ciekawe ruiny cmentarza z I Wojny Światowej. Zejście z góry jest strome, znacznie mniej przyjemne niż wyjście. Na dole przechodzimy obok bazy namiotowej SKPB Warszawa, skręcamy w prawo na drogę i jesteśmy w Regietowie Niżnym. W Regietowie nie ma problemów z noclegiem, gdyż większość domów oferuje usługi agroturystyczne, gdzie można wygodnie zanocować za ok. 15-20 zł. Jest też okazały i bogato wyglądający ośrodek jazdy konnej, gdzie nocleg to koszt minimum 30 zł, a także wspomniana już baza namiotowa za kilka złotych - dla najmniej wymagających. W ośrodku jazdy znajduje się też restauracja, gdzie do późnych godzin można smacznie zjeść.

Środa (dzień 12):
Okolice Ropek
     O 9.15 wyruszyliśmy z Regietowa w stronę południową, wracając na nasz szlak. Na końcu wsi skręcamy w ścieżkę w kierunku zachodnim i łąkami podchodzimy powoli pod Kozie Żebro. Początkowo wyjście nie nastręcza większych problemów, później robi się nieco gorzej. Najtrudniejsze do przejścia jest ostatnie 150-200 m, gdzie mamy do czynienia z rzeczywiście bardzo stromym stokiem, który jednak przechodzi się stosunkowo szybko, oczywiście w warunkach normalnych. Deszcz na pewno nie pomoże w wychodzeniu po gołej ziemi - na podejściu brak jest jakiejkolwiek ściółki. Zgodnie ze znaną nam już tendencją - "im bardziej strome podejście, tym mniej widać ze szczytu" - oczywiście i tym razem widoków nie uświadczymy ze względu na położenie Koziego Żebra w lesie. Również w dół schodzi się dość stromo, jednak nie jest to już taka przeprawa, z jaką mieliśmy do czynienia przy wyjściu. Po kilkunastu minutach wychodzimy na drogę leśną, a zaraz potem na drogę bitą, która prowadzi do Hańczowej. Po chwili szlak zbacza w wąwóz którym płynie potok. Przejście jest nie tylko nieprzyjemne ze względu na kilkukrotną konieczność przekraczania potoku, ale także na zniszczenie i zabrudzenie ścieżki przez regularnie przechodzące tędy bydło. W ok. 1.15 h docieramy do sklepu w Hańczowej. Sklep jest niewielki, ale dobrze zaopatrzony. Ponieważ na niebie kolor zmienił się z niebiesko - białego na granatowy, postanowiliśmy się pospieszyć i czym prędzej udaliśmy się w kierunku Ropek. Z Hańczowej wychodzimy znów drogą bitą lekko w górę, dalej idąc praktycznie po równym, bez większych wzniesień. Po około 2 kilometrach po lewej stronie mijamy jaz oraz jezioro. Po prawej kilka zabudowań, a za kilkaset metrów dalej prywatny pensjonat. Niestety, w tym miejscu wspomniana barwa chmur dała o sobie znać rzęsistym deszczem, wobec czego zdecydowaliśmy chwilę schronić się pod dachem werandy pensjonatu. Ponieważ deszcz specjalnie nie ustępował, po około półgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy dalej, z nastawieniem na możliwość zmoknięcia.
     Mostkiem nad potokiem przechodzimy do skrzyżowania szlaków i dalej trzymając się szlaku czerwonego podążamy polną drogą, znów wznosząc się miarowo. Po dotarciu na dużą polanę, na środku której widać jakieś zabudowania okazuje się, że znaki gdzieś się zapodziały. Prawdopodobnie jednak trasa zbacza w prawo do lasu, my jednak przecięliśmy polanę od prawego dolnego narożnika, do lewego górnego. Tam znajdował się początek kolejnej nowobudowanej drogi, wobec czego - zgodnie z mapą, na której w tym miejscu znajduje się droga leśna - zdecydowaliśmy się podążać nią co okazało się słuszne, gdyż czerwony kolor za moment się odnalazł. Wygodnym traktem idziemy aż do Izb. W Izbach musimy przekroczyć rzekę, co okazuje się zadaniem niezbyt trudnym, gdyż ktoś rozmyślnie zostawił w tym miejscu urządzenie na kształt drabinki. Po przejściu rzeki podchodzimy jeszcze około 150 metrów do góry. Za przełęczą tą samą wartość tracimy, szlak się obniża i przechodząc przez pastwiska doprowadza nas do Banicy. W Banicy zdecydowaliśmy się na nocleg w PTSM-ie, który mieści się w miejscowej szkole tuż obok kościoła. Mamy tu do dyspozycji kuchnię i zaplecze sanitarne oraz sporą salę gimnastyczno - sypialną, gdzie nocujemy razem z dwojgiem innych turystów. W Banicy, która nie jest wcale malutką miejscowością, znajdują się dwa sklepy, czynne także w niedzielę.

Czwartek (dzień 13):
Podejscie na Huzary
     W związku z chęcią jak najwcześniejszego dotarcia do Krynicy, z Banicy wychodzimy o 7.20. Przechodzimy na drugą stronę potoku i wychodzimy na pastwiska na stokach szczytu Mizarne. Na rozstaju dróg polnych (znów zabrudzonych i zabłoconych przez bydło), tuż za ostatnimi zabudowania, intuicyjnie wybieramy właściwą drogę ("kolorek" dostrzegamy za moment na słupku od elektrycznego pasterza na prawej skarpie wąwozu). Po kilku minutach przekraczamy drogę asfaltową, której nie ma na mapie (wydanie z 2004). Tu oznaczenie szlaku pojawia się ponownie, jednak musimy kilkadziesiąt metrów podejść w lewo wzdłuż drogi. Na kierunku Mizarnego zobaczycie zadrzewiony wąwóz, którym płynie strumień (tylko momentami powierzchnią, gdyż jego część znika pod ziemią w ponorach (wchłonach)). Szlak przebiega dróżką po lewej jego stronie. Jeszcze chwilkę idziemy wśród łąk, a następnie odcinkami lasem; na kilka minut podejście się zaostrza, by wyrównać bieg tuż przed Mizarnem. Stąd ładny widok w kierunku na Huzary. Schodzimy miarowo do Mochnaczki, gdzie mijamy dawną cerkiew - obecnie kościół, cmentarz oraz sklep.
     Teraz kilka minut maszerujemy asfaltem (w lewo od zejścia z Mizarnego), a przy małym, nieczynnym sklepiku schodzimy w prawo z drogi. Zejście jest teoretycznie oznaczone, jednak nie sposób się domyśleć, że w metrowej luce pomiędzy płotem a wspomnianym sklepikiem znajdziemy nasze czerwone znaki. Schodzimy więc w dół z drogi, mijamy boisko piłkarskie i wzdłuż potoku Fataloszka idziemy około 100 m na południe (uwaga na elektryczne pasterze!). Przechodzimy po kładce na drugą stronę i jeszcze kawałek wzdłuż potoku, do drzewa z oznaczeniem skrętu w prawo. Następnie pod górkę drogą polną, znów wśród pastwisk, pod las. W tym miejscu od razu rzuca się w oczy zmiana krajobrazu - góry są nieco inne, lasy z buczynowych zmieniły się na świerkowe. To oznacza zbliżanie się do Beskidu Sądeckiego i opuszczanie Beskidu Niskiego. W lesie szlak robi się nieco bardziej stromy, momentami znacznie - szczególnie przed samym szczytem Huzarów. Na górze krzyżują się cztery szlaki, spotykamy też oznaki turystyki "konsumpcyjnej" - przepełniony kosz na śmieci. Stąd dość ładną i często uczęszczaną trasą schodzimy w 30 minut do Krynicy - Zdroju. O Krynicy można by wiele pisać; zarówno latem jak i zimą jest to miejsce pełne kuracjuszy, wczasowiczów oraz narciarzy. Po odludnych wioskach i górach, polach i łąkach wejście do gwarnego miasta to cywilizacyjny szok. Z Krynicy mamy oczywiście dogodne połączenia autobusowe i kolejowe we wszystkich ważniejszych kierunkach.

Piątek (dzień 14):

Przerwa!


BESKID SĄDECKI, GORCE

Sobota (dzień 15):
Rytro
     Ok. 8.00 opuściliśmy centrum i podążyliśmy asfaltem w kierunku osiedla Czarny Potok, a następnie w kierunku gondoli. 900 metrów przed stacją kolejki szlak odbija w lewo do lasu, gdzie zaczyna się wspinać do góry. Podejścia tylko miejscami bywają strome. Przez pewien czas podążamy szeroką drogą łączącą nartostrady, przy której można znaleźć ławki. Co jakiś czas pojawiają się też tablice z opisem przyrody. Po wyjściu z lasu przecinamy jedną z tras narciarskich, przechodzimy pod linią kolejki gondolowej i w 15 minut dochodzimy na szczyt Jaworzyny Krynickiej. Wspomniane nartostrady są częścią jednej z największych polskich stacji narciarskich, której budowa musiała bardzo mocno wpłynąć na przyrodę na Jaworzynie. Na szczycie znajdują się lokale gastronomiczne oraz stacja kolejki. Około 10 minut drogi od szczytu niebieskim szlakiem jest schronisko PTTK, jednakże - również ze względu na ceny przygotowane "pod narciarzy" - nocleg tutaj wydaje się być cokolwiek nieopłacalny. Nie zatrzymując się zbyt długo wracamy na szlak. Tu trzeba wspomnieć o kolejnej zmianie widoków, rzuca się w oczy "inność" okolicy w stosunku do poprzednio oglądanych krajobrazów. Szczególnie widać to właśnie w rejonie Jaworzyny Krynickiej. Góry są bardziej masywne i rozległe, aniżeli miało to miejsce w Beskidzie Niskim. Dochodzi oczywiście kwestia ingerencji człowieka w naturę, a ta jest tutaj namacalna w postaci wyrębu lasu.
     Czerwony szlak wiedzie teraz zalesionym grzbietem w stronę Runku i Hali Łabowskiej. Trasa jest dosyć uczęszczana, ciągle nie możemy się przyzwyczaić do pewnego ucywilizowania szlaku. Zieleń jest nieco zniszczona, zwierząt nie słychać ani nie widać. W miarę zbliżania się do Hali Łabowskiej, co jakiś czas po prawej stronie przebija się panorama okolic Starego i Nowego Sącza, a teren staje się coraz bardziej zróżnicowany wysokościowo. Do schroniska na Hali Łabowskiej dochodzimy po 2,5 godziny marszu z Jaworzyny Krynickiej. Schronisko jest całkiem miłe, chociaż ceny noclegów - wysokie. Na plus należy zaliczyć kuchnię - polecamy kiełbasę po łabowsku oraz naleśniki.
     Dalszy ciąg szlaku nie jest zbyt urozmaicony, chociaż na pewno nie można powiedzieć, że nie jest ciekawy. Po drodze do prywatnego schroniska na Cyrli napotykamy źródełko oraz pomnik żołnierzy AK. Kilkanaście minut za Halą Pisaną odbija zielony szlak do Nowego Sącza (4,5 h). Schronisko na Cyrli jest niewielkie (26 miejsc, w razie potrzeby rozszerzane do 36), ale bardzo przytulne. Również cenowo jest to miejsce przyjazne turyście - nocleg w 2-3 os. pokoju to 13,20 zł razem z opłatą klimatyczną (ceny na sierpień 2006)! Z Cyrli do Rytra schodzimy ok. godziny. W Rytrze udaje się nam znaleźć nocleg tuż przy szlaku. Właściwie nocujemy w Suchej Strudze, która to miejscowość leży po wschodniej stronie Popradu, Rytro tymczasem - po zachodniej. Polecamy zatem zajrzeć do sklepu spożywczego - idąc drogą wzdłuż rzeki w kierunku mostu mijamy go po lewej stronie.

Niedziela (dzień 16):
Na Zlomistym Wierchu
     Suchą Strugę opuszczamy o godzinie 8.30 przechodząc przez most nad Popradem do Rytra. Z Rytra szlak od razu wznosi się w górę nasłonecznionym zboczem pośród pojedynczych domostw. Po wyjściu poza obszar zabudowany idziemy pośród łąk i pól. W pewnym momencie dochodzimy do otoczonej drzewami łąki, na której zaimprowizowano bramki futbolowe. Intuicja podpowiada, żeby w tym miejscu iść w kierunku bramek, bardziej w lewo, gdzie - jak się wydaje - widać ścieżkę wchodzącą w las. Tymczasem nasz szlak, bez żadnych wyraźnych oznak skręca w prawo. Jeżeli jednak zgubicie czerwone znaki, to należy przejść na drugą stronę zalesionego grzbietu i schodząc w kierunku drogi i domostw kierować się w prawo, do góry. Można też próbować iść za zielonymi znakami szlaku przyrodniczego. Niestety, nasz błąd pójścia w lewo i skorzystania ze ścieżki przyrodniczej kosztował ok. pół godziny. Znaki czerwone i zielone łączą się na Kordowcu. Nieopodal natrafiamy na źródło. Idąc dalej, pomiędzy szczytem o wdzięcznej nazwie Poczekaj a Radziejową mijamy po drodze ławeczki, które zachęcają do odpoczynku. Do Wielkiego Rogacza mijamy też kilka domów, które stoją tuż przy szlaku. Lokalizacja ich jednakże nie jest zbyt fortunna, a zimą na pewno są odcięte od świata.
     Wielki Rogacz jest górą dość licznie odwiedzaną przez turystów, podobnie zresztą jak i następne na trasie Radziejowa i Hala Przehyba. Dość łatwo można tu dojść zarówno zarówno od Rytra, jak i ze Szczawnicy oraz z Piwnicznej. Na Radziejową - najwyższy szczyt pasma, które zawdzięcza mu nazwę - dostaniemy się po niezbyt długim, ale dość stromym podejściu. Idziemy praktycznie cały czas lasem, niestety również szczyt jest nim porośnięty, dlatego na widoki nie ma co liczyć. Przechodząc, zauważyliśmy jakieś prace budowlane (wiata lub wieża widokowa). Z Radziejowej świerkowym młodnikiem na Długiej Przełęczy idziemy w kierunku Złomistego Wierchu. Wyjście nie nastręcza problemów, a w ciągu 30 minut meldujemy się w schronisku na Przehybie. Schronisko PTTK na Przehybie jest duże, panuje tu także proporcjonalnie duży ruch. Odwiedzających jest sporo. Na plus należy zaliczyć kuchnię (rewelacyjny żurek), na minus - bardzo niemiłą obsługę. Z Przehyby kierujemy się w kierunku Skałki i dalej do Przełęczy Przysłop. Dojście tutaj zajmuje nam 1 h 30 min. ze schroniska. Na przełęczy znajduje się skupisko zabudowań mieszkalnych, kolejne w niezbyt dostępnym miejscu. Z przełęczy ścieżka zaczyna wspinać się stromo w górę, początkowo lewą stroną wzdłuż krawędzi lasu, później już lasem, w którym dość łatwo pobłądzić ze względu na mnogość ścieżek. Trasa wiedzie przez Dzwonkówkę, jednakże góra nie ma w sobie nic interesującego. Nic poza faktem, że żółty szlak, który w tej okolicy dochodzi od Szczawnicy, przez moment wiedzie równolegle z naszym, by po chwili odłączyć, a po następnej na powrót dołączyć. Ostatecznie czerwone i żółte znaki rozdzielają się za Dzwonkówką. Stąd do Krościenka schodzimy jeszcze niecałe 2 godziny. Po 19.15 jesteśmy w Krościenku Nad Dunajcem. Niewielki kłopot ze znalezieniem wolnego miejsca na nocleg udaje się na szczęście dość szybko rozwiązać. Niestety, nie zaproponujemy tu nic konkretnego, poza metodą "koniec języka za przewodnika". Trzeba po prostu chodzić i pytać.
     W tym miejscu należy wspomnieć o fatalnym oznaczeniu czasów przejścia poszczególnych odcinków szlaku. Pomijając fakt, że czasy na tabliczkach dwóch różnych oddziałów PTTK informujących o tym samym odcinku mogą różnić się nawet o 30%, to pomiędzy Przehybą a Krościenkiem doszło do pewnego kuriozum w oznaczeniu:
Pewne kuriozum
     Na szczęście, droga nie jest trudna ani uciążliwa, toteż większych opóźnień nie należy się spodziewać i - nie zważając na zwodnicze znaki - zwyczajnie iść obranym tempem.

Poniedziałek (dzień 17):
Widok spod Marszalka
     Kolejny dzień wędrówki rozpoczynamy o 8.20. Znów zmieniamy krajobraz, bo z Beskidu Sądeckiego przechodzimy w Gorce, a konkretnie w ich południowo-wschodnią część, jaką stanowi Pasmo Lubania. Przekraczamy jedyny most na Dunajcu i podążając za czerwonymi znakami rozpoczynamy stosunkowo długie podejście na Lubań. Pogoda na szczęście nam sprzyjała, bo chmury, jakie spowijały okoliczne wzniesienia dość szybko się podnosiły. Około półtorej godziny zajmuje nam dojście na pierwsze wzniesienie po drodze, czyli Marszałka. Idziemy kamienistą drogą, która zapewne służy miejscowym jako dojazdowa do swoich pól i lasów (nie jesteśmy na terenie chronionym, wobec czego zwózka drewna jest tutaj czymś normalnym) Pola uprawne oraz łąki są położone dość wysoko, nawet do okolic Marszałka. Gdzieś tutaj, tuż przy szlaku znajdujemy ławeczkę w dobrym widokowo miejscu i bez wahania z niej korzystamy, mogąc przez chwilę podziwiać widok na dolinę rzeki Krośnica oraz na Pieniny, które leżą po jej drugiej stronie. Nieopodal, na lewo od naszej drogi natrafiamy na dziwną, kamienną konstrukcję o niewiadomym przeznaczeniu (rysunek poniżej), składającą się z kilku bloków z wyżłobionym półkoliście wierzchem, jakby służyły do osadzenia jakiegoś długiego (kilka - kilkanaście metrów) przedmiotu o walcowatym kształcie:
Jakas lufa     Na Lubań dochodzimy o 11.30. W bazie namiotowej jemy doskonałe naleśniki (cena: 3.40 zł za trzy sztuki!) i łapiemy oddech. Baza jest miejscem bardzo ciekawym i zdecydowanie warto tu wstąpić choćby na parę minut. Szczególnie polecamy obejrzenie jedynego w swoim rodzaju barometru. Jest to też dobre miejsce na nocleg, również ze względu na cenę: 7,50 zł. Kilkadziesiąt metrów od bazy znajdują się ruiny schroniska, które niegdyś stało na Lubaniu. Z samego czubka góry rozpościera się piękna panorama Pienin, Jeziora Czorsztyńskiego, ładna pogoda pozwala zobaczyć Tatry. Z Lubania schodzimy bardzo stromą ścieżką do oddzielenia się szlaku niebieskiego. Dalej, już bez tak znacznych różnic wysokości, wędrujemy Pasmem Lubania, idąc prawie cały czas pod osłoną lasu. Co jakiś czas przez przecinki widać jednak Jezioro Czorsztyńskie i Pieniny z jednej, Ochotnicę Górną i Dolną oraz właściwe Gorce z drugiej strony. Po drodze mijamy zabudowania na Studzionkach. Pomimo niezłego tempa do Przełęczy Knurowskiej dochodzimy po czterech godzinach marszu z Lubania, czyli o pół godziny wolniej, niż podają tabliczki informacyjne. Z przełęczy idziemy jeszcze 10 minut szlakiem, po czym zatrzymujemy się przy pensjonacie. Gdy okazało się, że są wolne miejsca, podejmujemy decyzję o noclegu - do Turbacza jest jeszcze kilka dobrych kilometrów, ponad 450 m różnicy wysokości (oczywiście w górę), godzina 16.30, a my już zmęczeni. Decyzja po raz kolejny okazała się trafna, gdyż warunki były świetne, cena przystępna (20 zł za nocleg z pościelą w pokoju 3-osobowym), a jako punkt wypadowy na szlak - miejsce jest bardzo dobre. W sezonie trudno tu jednak o wolny pokój - my, nie po raz pierwszy już, mieliśmy szczęście. Tego dnia sen zmorzył nas wyjątkowo wcześnie.

Wtorek (dzień 18):
Turbacz
     Na trasę wyruszamy wyjątkowo późno, bo o 9.00. Początkowo szlak miarowo wyprowadza nas w górę, po czym - już w lesie - zaczyna ostro podchodzić w górę tak, że na bardzo krótkim odcinku wznieśliśmy się o 200 m. Wychodząc, musimy miejscami trzymać się drzew i krzewów. Ziemia jest tutaj zupełnie nieosłonięta ściółką, wobec tego odcinek musi być trudny do pokonania po opadach. Aż dziw bierze, że prowadzi tędy także ścieżka rowerowa! Od skrzyżowania z czarnym szlakiem z Łopusznej idziemy już wygodną ścieżką, co rusz podziwiając piękne widoki (kolejna panorama na Pieniny, Tatry oraz Beskid Sądecki) tym bardziej, że las ustąpił miejsca halom i polanom. Na sam szczyt Kiczory podchodzimy kilka minut nieco stromiej niż do tej pory. Po drodze na Kiczorę, jak i na szczycie można usiąść na ławce, skonfrontować widok z dostępną mapą oraz panoramą, a także zapoznać się z fauną i florą Gorców. Należy nadmienić, że znów mamy wrażenie, iż otoczenie "żyje". Z Kiczory lekko schodzimy w kierunku Długiej Hali, skąd kilkanaście minut dzieli nas od schroniska pod Turbaczem.
     Niestety, pomimo aż 109 miejsc noclegowych, schronisko jest bardzo drogie - nocleg w pokoju 2-os. to wydatek rzędu 38 zł! Jest także dostępny apartament za 200 zł. Również menu rozczarowuje cenami, a także wyborem dań. Oczywiście schronisko jest oblegane przez turystów, toteż o spokoju można tu zapomnieć. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest to schronisko o największej koncentracji ruchu turystycznego na całym czerwonym szlaku. Nie decydujemy się na dłuższy postój, wbijamy tylko pieczątki do książeczki GOT, robimy pamiątkowe zdjęcie pod drogowskazem dotyczącym GSzB i kierujemy się na szczyt Turbacza, który osiągamy po kilku minutach. Schodząc z Turbacza wśród wiatrołomów można łatwo zgubić ścieżkę - po dojściu do drogi należy przez moment kierować się nią w prawo, gdyż idąc w lewo zeszlibyśmy do wsi Obidowa. Znaki czerwone po chwili powinny się znaleźć. Dalszy ciąg szlaku jest bardzo przyjemny, prowadzi wygodną drogą, nie ma dużych wzniesień ani stromizn. Jego wadą jest spory ruch, jaki tu panuje. Pomimo tych zalet odcinka, pokonujemy go wolniej o prawie pół godziny od założonego tempa. Po wejściu do schroniska na Starych Wierchach zaczęło mocno padać, toteż pokusiliśmy się o zjedzenie obiadu. Trzeba zaznaczyć, że był bardzo smaczny i - szczególnie w porównaniu do Turbacza - tani. Również ceny noclegów nie były wygórowane. Na szczęście deszcz przestał padać i spokojnie mogliśmy schodzić w kierunku Maciejowej, lawirując jednak pomiędzy wszechobecnymi tutaj quadami i motocyklami. Bacówka PTTK na Maciejowej jest miejscem bardzo przytulnym, acz służącym bardziej kuracjuszom tudzież spacerowiczom, niż prawdziwym turystom. Stąd w niecałe półtorej godziny osiągamy Rabkę. Na szlaku ze Starych Wierchów do Rabki nie ma większych trudności, cały czas idziemy typowo górską, nieco kamienistą, ale wygodną drogą. Trasa w przeciwną stronę na pewno jest zdecydowanie gorsza i ze względu na długość podejścia (w sumie do trzech godzin), może przypominać wyjście z Krościenka na Lubań i zwyczajnie zmęczyć.
     Rabka, obok Krynicy, jest jedną z większych miejscowości na GSzB. Żeby zbytnio nie błądzić, zdecydowaliśmy się zapytać o nocleg w ośrodku PTTK "Turbacz", tuż za stacją kolejową przy ulicy Wąskiej 1. Okazało się, że ze względu na niewysoki standard obiektu nie jest on w ogóle oblegany, toteż proponujemy zanocować właśnie tam. Cena noclegu nie powinna przekroczyć 15 zł.


BESKID WYSPOWY, BESKID ŻYWIECKI

Środa (dzień 19):
Na Hali Malinowej
     Szlak z Rabki do Jordanowa nie posiada wielu walorów przyciągających potencjalnego turystę. Przebiega wśród zabudowań, drogami asfaltowymi i polnymi, przecina również popularną "Zakopiankę". Nie natkniemy się tutaj na jakiekolwiek trudności, natomiast możemy doświadczyć negatywnych odczuć związanych z nadmiernym ruchem samochodowym. Alternatywnie natomiast można łatwo pokonać ten odcinek busem, który często i regularnie odjeżdża z Rabki tuż obok ośrodka PTTK "Turbacz" i stacji PKP.
     Od centrum Jordanowa szlak zbiega do doliny, gdzie przecina linię kolejową Kraków - Zakopane. Po drodze przechodzi przez potok, który może znacznie przybierać po deszczu oraz przez przepust pod torami, którym również płynie potok. Oprócz tego musimy przejść mostkiem bardzo wątpliwej jakości (prawdopodobnie w wodzie leży jeden z jego filarów). Radzimy przez to cudo techniki przechodzić pojedynczo! Do Bystrej docieramy po około godzinie marszu (przez sporą część odcinka brakuje znaków, jednakże droga - ścieżka prowadzi nas dość jednoznacznie). Jak na tak niewielką miejscowość jest tu supermarket, kościół i budynek straży pożarnej. Stąd na Cupel ok. 1,5 h, z czego pierwsza część niemal płaska, ale bardzo niewygodna - świeże kamienie wielkości pięści (tłuczeń), rozsypane luźno na drodze na pewno nie ułatwiają marszu; po drodze mijamy jeszcze jakąś budkę i ławeczki. Po zejściu z drogi kamiennej czeka nas trochę błotnistych podejść (które bywają strome i męczące) wyprowadzających na Cupel. Widoków nie uświadczymy, jedynie w stronę północną momentami spomiędzy drzew wyjrzy kawałek panoramy, a raczej jej namiastki. Z Cupla, idąc niemal cały czas lasem, podążamy w kierunku Hali Krupowej. Po 30 minutach przechodzimy przez Halę Malinowe, gdzie natykamy się na pomnik partyzantów z 1944 roku. Co ciekawe, są na nim ślady wydrapywania po słowach: "...i partyzantach radzieckich z grupy...". Od tego miejsca - według znaków - na Halę Krupową dwie godziny marszu przyjemną, leśną ścieżką.
     Schronisko PTTK na Hali Krupowej  jest przyjemne, a ceny rozsądne. Dania są smaczne, choć ceny nie należą do najniższych. Spotkaliśmy tutaj troje studentów idących GSzB w przeciwną stronę. Co jest warte odnotowania - przez cały dzień od Jordanowa do schroniska na Hali Krupowej nie spotkaliśmy żadnego turysty...

Czwartek (dzień 20):
Sciezka na przelecz Krowiarki
     Na trasę wychodzimy ok. 8.00. Przez pierwszą godzinę (podejście na Policę) poruszaliśmy się we mgle lub niskich chmurach; w trakcie zejścia na przełęcz Krowiarki zaczęło się przejaśniać, a po dojściu do przełęczy słońce wyjrzało zza chmur na dobre. Zanim jednak znaleźliśmy się na przełęczy, szlak przez dłuższy czas miarowo sprowadzał nas ładnym lasem (nie licząc jednego krótkiego, acz konkretnego podejścia). Jedyną przeszkodą były powalone drzewa, które leżały gęsto na trasie, szczególnie na odcinku zaraz za Policą. Ich omijanie bywało uciążliwe i zajmowało trochę czasu. Pomimo tych niedogodności do przełęczy Krowiarki docieramy o godzinie 11, gdzie uiszczamy opłatę za wstęp do Babiogórskiego Parku Narodowego. Na przełęczy można też usiąść, zjeść jakieś prowizoryczne danie "z budki", kupić napoje, słodycze oraz mapy czy też przewodniki, a także nieprzydatne turystom badziewne pamiątki. Jako że jest to miejsce dostępne samochodem, nie ma sensu zatrzymywać się tu na dłużej, po krótkim postoju i uzupełnieniu płynów oraz poziomu glukozy w organizmie ruszamy dalej.
     Od przełęczy czerwony szlak monotonnie i ostro pnie się w górę - do Sokolicy lasem, dalej wśród kosodrzewiny. Właściwie tylko tu oraz na Pilsku spotykamy tego typu roślinność, co zresztą jest zrozumiałe - Babia Góra i Pilsko to dwa najwyższe szczyty na Głównym Szlaku Beskidzkim. Monotonia szlaku objawia się tym, że turysta idąc w górę wciąż ma wrażenie, że za każdym wzniesieniem jest już szczyt, tymczasem takich wzniesień po drodze jest co najmniej kilka. Pokonanie odcinka od przełęczy Krowiarki na szczyt Babiej Góry (Diablaka) zajmuje ponad trzy godziny i solidnie męczy - różnica wysokości jest jednak znaczna.
     Idąc z przełęczy Krowiarki można wybrać trasę alternatywną, jeśli ktoś nie odczuwa potrzeby przejścia każdego centymetra czerwonego szlaku. Niebieski szlak prowadzi od przełęczy do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach  lasem, szeroką i równą ścieżką. Trasa wznosi się powoli i po niecałych dwóch godzinach osiąga schronisko. Po zarezerwowaniu noclegu oraz krótkim odpoczynku można się udać już bez bagaży na szczyt Babiej Góry. Trzeba 10 min. wrócić niebieskim szlakiem do skrzyżowania z żółtym, a następnie "Percią Akademików" w górę. Szlak ten jest krótki, ale efektowny. Przypomina szlaki tatrzańskie, jest tu kilka miejsc zabezpieczonych łańcuchami i klamrami, i to raczej nieprzypadkowo. Podejście jest strome, na górę wychodzimy w nieco ponad godzinę. Bardzo dobrze widać na trasie piętrowość roślinności.
     W pogodne dni ze szczytu Babiej Góry rozpościera się przepiękna panorama we wszystkie strony - Kraków, Beskidy, Tatry, Jezioro Orawskie. Dla nas aura jednak nie była łaskawa i zanim zdążyliśmy wspiąć się na szczyt, niebo zasnuły chmury, rozpadało się (marznący deszcz) i widoków nie było nam dane oglądać. W takich niezbyt sprzyjających okolicznościach zeszliśmy do przełęczy Brona (ok. 30 min. z góry), skąd do schroniska na Markowych Szczawinach kolejne 30 min. stromą, ale wygodną ścieżką. W dotychczasowym (aktualnie trwa jego przebudowa) schronisku nie było gniazdek elektrycznych, za ładowanie telefonu pobierano opłaty, a warunki były średnie (letnio-zimna woda, spory wybór posiłków nienajtańszych i nienajobfitszych). Co przyniesie ze sobą nowe schronisko - to się dopiero okaże.

Piątek (dzień 21):
Widok z Pilska
     Po wyjściu na szlak o 7.15, ze względu na zalegającą mgłę ograniczającą widoczność do kilkunastu metrów, musieliśmy podjąć decyzję - skorzystać z trasy przez przełęcz Brona i Małą Babią Górę, którędy teoretycznie prowadzi obejście czy podążać zasadniczym szlakiem (jest on okresowo zamykany z powodu osuwiska na odcinku od schroniska do Hali Czarnego). W podjęciu decyzji pomogły nam obserwacje z których wynikało, że szlak pomimo zamknięcia jest uczęszczany. Osuwisko, które przyszło nam pokonać w istocie jest malutkie, tym niemniej należy podejrzewać, że przy wzmożonym ruchu turystycznym mogłoby dojść w tym miejscu do wypadku. Poza wspomnianym osuwiskiem trasa nie obfituje w większe atrakcje; ścieżka wiedzie lasem po zboczu Małej Babiej Góry nie pokonując większych różnic wysokości. Właściwie od schroniska idziemy w deszczu, który - na szczęście - podczas naszej wędrówki jak do tej pory nie dawał nam się zbytnio we znaki. Dochodząc do granicy ze Słowacją szlak zbiega w dół. Przechodzimy przez kilka polan (na jednej z nich wiata). Wysokie trawy w tych rejonach są szczególnie niesympatyczne po opadach, kiedy nawet pomimo niezłej pogody (w ciągu dnia stopniowo się poprawiała) turysta nie ma szans na przejście suchą nogą. Po kilkunastu minutach docieramy do turystycznego przejścia granicznego ze Słowacją na Tabakowym Siodle, które w tym miejscu znalazło się nie do końca przez przypadek. Pozwala bowiem ominąć* męczący i wydłużający trasę odcinek przez Mędralową, skracając efektywny czas marszu o ok. godzinę.
     Dalsza część szlaku przebiega na razie płasko. Dopiero gdzieś w połowie drogi na szczyt zaczyna się wznosić do góry i błotnistą ścieżką osiąga szczyt. W przypadku ładnej pogody widoki stąd skłaniają do poświęcenia tutaj kilkunastu minut. Dalej stopniowo obniżamy się aż do przejścia granicznego w Górnych Głuchaczkach, nieopodal bazy namiotowej. Czerwony szlak cały czas prowadzi nas wzdłuż granicy, najpierw lasem, dalej polanami, z których pewnikiem rozciągają się ładne widoki na okolicę. Tego dnia nie mamy jednak szczęścia do widoczności, choć pogoda w godzinach przedpołudniowych była już ustabilizowana. Po drodze do przełęczy Glinne mamy jeszcze trzy szczyty do pokonania. Najbardziej dającym się we znaki jest niewątpliwie pierwszy z nich - Jaworzyna, gdzie czeka na turystę 200 metrów przewyższenia od przełęczy Głuchaczki. Następny w kolejności jest Beskid Krzyżowski, skąd 70 metrów w dół, by od przełęczy Półgórskiej odzyskać wysokość, dodając jeszcze 30 metrów. Dalej szlak się uspokaja i nie "skacze po warstwicach" jak do tej pory. Łagodnym podejściem pokonujemy Studenta, po czym momentami stromym, kamienistym zejściem docieramy do przejścia drogowego na przełęczy Glinne. Meldując się tutaj o godzinie 13.00 robimy krótką przerwę na posiłek, korzystając z baru jaki się tu znajduje. Bar serwuje dania typowe, nie polecamy jednak tego miejsca ze względu na zastaną niemiłą obsługę. Obok baru znajduje się kilka kantorów oraz przystanek PKS. Nareszcie - w pełnym słońcu - podchodzimy w kierunku Pilska. Początkowo spokojna leśna ścieżka z każdą minutą robi się coraz bardziej stroma. Ponieważ czerwony szlak omija szczyt proponujemy poświęcić mu godzinę, wchodząc nań żółtym szlakiem ze schronisku na Hali Miziowej lub wychodząc słowackim niebieskim szlakiem wprost z przełęczy Glinne. Po wyjściu na Pilsko każdy odczuje zmęczenie, od przełęczy Glinne pokonuje się bowiem 700 metrów w pionie. Pomimo zachmurzonego wierzchołka udało się nam trafić na kilka chwilowych przejaśnień. Widok jest imponujący i naprawdę warty nadłożenia drogi.
     Do "schroniska" na Hali Miziowej docieramy o godz. 16.15, jednakże bardzo szybko decydujemy się je opuścić. Hotel dla narciarzy nie jest miejscem dla prawdziwego turysty, a ceny w restauracji mogłyby być do przyjęcia w lokalu na Rynku w Krakowie. Nocleg w pokoju 2-os. - 45 zł też nie zachęcał do pozostania. Pozostawiając za sobą snobistyczny ośrodek kierujemy się w kierunku schroniska na Hali Rysiance. Droga jest momentami mokra, jednakże przyjemna. Na trasie czekają dwa podejścia, jedno na Palenicę, drugie już do samego schroniska - obydwa po ok. 100 m. Wieczór przyniósł znów poprawę pogody, a widok spod schroniska okazał się doprawdy imponujący. Widać pasmo graniczne (m.in. Krawców Wierch), Pilsko oraz tereny Słowacji. Obiekt położony jest pod lasem na południowo-wschodnim stoku. O 18.45 wchodzimy do schroniska, które również okazuje się nienajtańsze. Relacja cena - jakość pozostaje jednak na bardzo dobrym poziomie i wiemy, za co płacimy. 30 zł za miejsce w pokoju 2-osobowym, ale za to z jakim widokiem! Również menu z przyzwoitymi cenami okazuje się przyjazne - dania są doskonałe i można się nimi najeść. Polecamy szczególnie "Danie Drwala" - specjalność zakładu oraz zupę pomidorową i pierogi z mięsem - akurat te poznaliśmy empirycznie. Pozostałe też robiły dobre wrażenie i raczej smakowały, sądząc po reakcjach jedzących. Pod prysznicem wodą można się poparzyć, co również należy do rzadkości, można nawet skorzystać z sauny - a to wszystko przy zachowaniu klimatu górskiego schroniska turystycznego.
     *Ok. 10 minut schodzimy ścieżką i drogą bitą, by przy wygodnej wiacie zejść na trakt asfaltowy. Po jakimś kilometrze skręcamy w prawo przy budce i czymś co przypomina bunkier, idąc ciągle asfaltem pnąc się ostro do góry. Trzeba tu uważać na samochody zwożące drewno, których kierowcy zdają się nie dostrzegać idących pieszo ludzi, nie oszczędzają pedału gazu, w dodatku bale drewna bywają trzykrotnie dłuższe niż samochody, które je wiozą. Po kilku minutach znaki - już nie typowe oznaczenie szlaku, ale biało - żółte kwadraty podzielone wzdłuż przekątnej - odprowadzają nas w lewo ścieżyną w las. Trzeba tu uważać, gdyż wszystkie leśne drogi prowadzą nieco w prawo, szlaku wypatrywać należy natomiast po lewej stronie. W 5 minut drogi żółte znaki doprowadzają do turystycznego przejścia granicznego na Górnych Głuchaczkach.

Sobota (dzień 22):
Jedyne łancuchy na szlaku
     Dzisiaj niemalże spacerek, no bo jak inaczej nazwać 18 km drogi prawie cały czas w dół? Po wyjściu ze schroniska porą raczej dla kuracjuszy (9.15), schodzimy chwilkę w dół do Hali Łyśniowskiej, gdzie towarzyszący nam szlak żółty prowadzący na Romankę oraz nasz czerwony rozdzielają się. My podążamy bardzo malowniczą ścieżką biegnącą zboczami Romanki, przechodząc po drodze obok wywierzyska oraz przez kilka potoków kaskadami opadających w dół. Na tym odcinku napotykamy też jedyne miejsce na GSzB zabezpieczone łańcuchem. Pomimo, że ma on zaledwie kilka metrów długości lepiej go nie lekceważyć - przypłaciłem to lądowaniem na czterech literach oraz siniakiem na ręce. Po pewnym czasie obraz zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Tu, gdzie kiedyś rósł piękny las, dziś nie zostało ani pół drzewa - wszystkie wycięto, zostawiając jedynie kikuty pni wystających ponad ziemię. Aż włos jeżył się na głowie, kiedy tamtędy przechodziliśmy. Na szczęście to tylko kilkanaście minut. Po chwili dołączają do nas niebieskie znaki ze szczytu Romanki, a stąd w 15 minut docieramy do Górskiej Stacji Turystycznej "Słowianka". Jest to przyjemne miejsce, schronisko, czy też - jak kto woli - agroturystyka. Ceny  noclegów oscylują wokół 20 zł, na miejscu można zjeść ciepły posiłek oraz zaopatrzyć się w artykuły pierwszej potrzeby w minisklepiku, aczkolwiek trzeba zwrócić uwagę na ceny - odwrotnie proporcjonalne do kwadratu asortymentu. Idąc dalej szlakiem czerwonym podchodzimy kawałek w górę, po czym kilkanaście minut zboczem ścieżką przez charakterystyczne, przypominające kłosy zboża trawy (w słoneczne dni uwaga na żmije!). Dalej idziemy drogą bitą przechodząc przez przysiółek Tokarnia, gdzie trafiamy na kolejne miejsce z noclegami i ciepłymi posiłkami. Cena noclegu w tym miejscu to ok. 15 zł. Atutem tego miejsca jest niewątpliwie ładny widok na Rysiankę i Romankę.
     Z Tokarni czeka nas jeszcze bardzo łagodne podejście na garb Abrahamowa. Grzbiet ten jest raczej zarośnięty, choć momentami trafiamy na łączki i przesieki, dzięki którym możemy podziwiać rozległą panoramę na kotlinę Żywiecką oraz - w oddali - Bielsko-Białą. Stoki Abrahamowa są bardzo bogato porośnięte jeżynami, z tego też względu polecamy wycieczkę tamtędy w połowie sierpnia, kiedy dojrzewają. Nieco bardziej stromo robi się przy zejściu z Abrahamowa do Żabnicy, jednakże jest to krótki odcinek. Ogólnie, szlak tego dnia jest raczej wygodny i przyjemny. Z Żabnicy w około 30 minut drogą asfaltową docieramy do Węgierskiej Górki. Na granicy obu miejscowości mijamy bunkier "Włóczęga" - jeden z czterech, które stawiały silny opór Niemcom w 1939 roku. W Węgierskiej Górce można dobrze zjeść i przespać się za rozsądną cenę. Jak zwykle w takich miejscowościach, polecamy szukać kwater prywatnych dalej od centrum. Przy odrobinie szczęścia można znaleźć nocleg nawet poniżej 20 zł, chociaż ceny w większości kwater poziom ten przekraczają. Największe ich skupisko znajdziemy w rejonie ulicy Kamiennej oraz 3 Maja. Droga do Węgierskiej Górki z Hali Rysianka zajęła nam 5 godzin.

Niedziela (dzień 23):
Cmentarzysko drzew kolo Baraniej Gory
     To już ostatni dzień z tak wczesną pobudką. Wychodzimy z Węgierskiej Górki o 7.15 podczas mżawki, która na szczęście szybko ustępuje miejsca dość ładnej pogodzie. Powietrze jednak było dość ciężkie i mało przejrzyste, a niebo zdawało się być lekko za chmurami. Podejście na Glinne nie jest zbyt interesujące. Zmienia się co jakiś czas rodzaj szlaku, którym idziemy - z drogi asfaltowej na ścieżkę, potem na drogę leśną, znów na ścieżkę. Poza tym faktem odcinek ten nie niesie ze sobą żadnych ciekawostek. Dopiero pod szczytem, po zakręcie o 180 stopni, spomiędzy drzew prześwituje całkiem ładny widok na Węgierską Górkę. Wychodząc z lasu natrafiamy na panoramę z prawdziwego zdarzenia, która przy czystszym powietrzu prezentowałaby się dużo lepiej. Odtąd trasa kilkakrotnie wznosi się i opada aż do Magurki Wiślańskiej, a nawet do trochę dłuższego podejścia na Baranią Górę. Na tym odcinku naszą uwagę zwraca wyrąb lasu na ogromną skalę, jak również ogromne połacie połamanych drzew, podobno osłabionych przez choroby. Jest to szczególnie widoczne w okolicach Magurki Radziechowskiej. O ile tu drzewa są uprzątnięte, o tyle idąc dalej, na przełęczy Siodło Nad Roztocznym, natykamy się na prawdziwe cmentarzysko drzew. Wydaje się, że w tym miejscu już nie ma żadnego życia, a tylko pnie i sterczące drewniane kikuty mogą podpowiadać, że kiedyś w tym miejscu rósł zielony las.
     Po przejściu tego tragicznego obrazem odcinka, podejście na Baranią Górę prowadzi przez las. Natykamy się tu na przeszkodę w postaci powalonych - a jakże - drzew. Te tym razem skutecznie blokują przejście i zmuszają nas do ekwilibrystycznych wręcz obejść (większość z nich już została usunięta - przyp. 2008 r.). Na szczęście dalej jest już w porządku, a na szczyt dostajemy się po piętnastu minutach. Wierzchołek Baraniej Góry porasta las i gdyby nie zastana tu wieża widokowa nie byłoby tu absolutnie nic ciekawego. Co ciekawe, wieża ta oprócz funkcji widokowej spełnia również funkcję wieży triangulacyjnej (geodezyjnej) i sama w sobie jest największą konstrukcją tego typu, jaką widzieliśmy do tej pory. Gdyby nie słaba przejrzystość powietrza widok z góry byłby dużo ciekawszy, tym niemniej nawet w lekko pochmurne dni warto wyjść na górę. Wokół wieży znajdują się ławeczki umożliwiające odpoczynek. Zaznaczyć trzeba, że w tym rejonie natykamy się na spore grupy turystów - Barania Góra jest popularnym celem wędrówek. Do schroniska na Przysłopie prowadzi stąd początkowo wygodna, później bardzo kamienista droga.
     Schronisko na Przysłopie to architektoniczna katastrofa. Żywcem przypomina hotel robotniczy z lat 70'. Ceny tutaj są porównywalne do cen w pozostałych schroniskach w okolicy - 30 zł za nocleg w pokoju 2-osobowym, jedzenie na standardowym cenowo poziomie, obsługa zdecydowanie poniżej. Nie wypowiemy się co do jakości, ponieważ nie będąc głodnymi - nic na szczęście nie zamawialiśmy. Przez las schodzimy do drogi asfaltowej prowadzącej w kierunku Jeziora Czerwańskiego. Znaki czerwone przez chwilę idą asfaltem, po czym - uwaga - skręcają za mostkiem w lewo pod górę. Asfaltem przebiega teraz szlak czarny, czerwony wspina się na grzbiet wzniesienia i wiedzie przez las. Po obfitych opadach tą część lepiej ominąć idąc dalej drogą. Od czarnego szlaku odbija w lewo nowa droga asfaltowa prowadząca bezpośrednio na Stecówkę i dalej wzdłuż szlaku czerwonego, łącząc się z nim przy drodze na przełęcz Kubalonka. Na przełęczy Kubalonka jesteśmy po 15.00. Jest tu kilka barów, gdzie można nieźle i dość tanio zjeść. Stąd na Stożek Wielki według znaków tylko dwie godziny. Z przełęczy Łączecko na Stożek odbija alternatywny szlak (niebieskie znaki), który omija Kiczory. Nie polecamy jednak zmiany trasy w tym miejscu, ponieważ według przewodników czas przejścia jest podobny, a widoki z Kiczorów ciekawe oraz podejście niezbyt wymagające. Od Kiczorów trasa biegnie właściwie po płaskim terenie, bardzo miłym szlakiem granicznym. Z Kiczorów w pół godziny osiągamy Stożek Wielki.
     Schronisko jest zadbane, posiada drink bar i jest jednym z tych przygotowanych "pod narciarzy" tym bardziej, że tuż obok schroniska znajduje się wyciąg krzesełkowy (czynny tylko zimą). Nocleg w pokoju 2-osobowym to koszt rzędu 30 zł. Ceny posiłków są tu stosunkowo wysokie. Rady praktyczne - WC jest płatne (1 zł), ale zanim zdecydujecie się zapłacić zejdźcie do umywalni; jeśli ta jest już otwarta - tam WC jest bezpłatne (tam też znajdziecie gnazdko elektryczne).

Poniedziałek (dzień 24):
Poczatek i koniec GSzB
     O godzinie 8.00 wyruszyliśmy ze schroniska na Stożku w kierunku Wielkiej Czantorii. Na początku szlak zbiega dość znacznie w dół, by po kilkunastu minutach wyrównać bieg. Od tego momentu - nie licząc małego podejścia przed Wielkim Soszowem - idziemy po dość równym terenie wygodną polną drogą, wzdłuż granicy z Czechami. To już trzecie państwo, które przylega do trasy Głównego Szlaku Beskidzkiego. Na Soszowie mijamy dwa schroniska, choć raczej miejsca te należałoby nazwać pensjonatami - jedno z nich wygląda dość ekskluzywnie. Na Stożku Małym minęliśmy "Strzechę" - przydrożny barek dla strudzonych turystów. Co ciekawe, po drodze przechodzimy obok aż czterech przejść małego ruchu granicznego: Stożek Wielki, Stożek Mały, Przełęcz Beskidek i Wielka Czantoria. Przejścia te nie były jednak strzeżone, co po wejściu Polski do strefy Schengen ma jeszcze mniejsze znaczenie i do Czech można odbić niemal co kilka minut. Od przełęczy Beskidek czeka nas podejście (300 m przewyższenia), początkowo dość łagodne, jednak już po chwili ostro w górę. Na szczęście droga na Czantorię prowadzi falami - raz stromo, raz zupełnie płasko, wobec czego zmęczenie jest mniejsze. Na szczycie Wielkiej Czantorii jest kilka barków z napojami i słodyczami, można zjeść grochówkę, jest też leżąca po czeskiej stronie i płatna wieża widokowa. Sam szczyt - podobnie jak Barania Góra - jest schowany w lesie, wobec czego wyjście na wieżę jest jedyną możliwością podziwiania panoramy okolic.
     Regeneracja sił trwa tylko moment, gdyż odpoczynek w tym miejscu skutecznie zakłócają tabuny turystów, chociaż sami nie wiemy, czy "turysta" to dobre określenie dla tych hałaśliwych, tłumnie zadeptujących każdy skrawek wolnej przestrzeni ludzi. W stronę Ustronia schodzimy slalomem, zamiast tyczek czy bramek mijając maruderów w sandałach. Po drodze mijamy jeszcze istny cyrk przy górnej stacji wyciągu na Wielką Czantorię, którego nawet nie ma sensu opisywać. W każdym razie uciekamy w dół - ta część szlaku jest bardzo stroma, a marsz utrudnia duży ruch. Idziemy przez dłuższą chwilę wzdłuż wyciągu krzesełkowego. Dochodząc do Ustronia widzimy malowniczy ogonek ludzi czekających po bilety na wyciąg; tłum był naprawdę spory. Na dole kilka barów i sklepików, no i spory ruch - także uliczny. Do centrum Ustronia stąd można dojść w kilkanaście minut. Główny Szlak Beskidzki tutaj jednak jeszcze się nie kończy. Po przejściu przez tory kolejowe, powoli zmierzamy w kierunku Równicy, który to szczyt jest ostatnim na naszej trasie. Odcinek ten stanowi dobry epilog, i choć na Równicę można dojechać samochodem (!), są tu krótkie fragmenty męczące bardziej niż przeciętnie. Tym niemniej góra ma charakter raczej rekreacyjny, również dzięki możliwości dojazdu własnymi czterema kółkami. Daje się to odczuć przy schronisku, gdzie jest zwyczajnie tłoczno, szczególnie w ciepłe, weekendowe dni. Wielkim minusem oznaczamy "schronisko PTTK", w którym natrafiliśmy na tabliczkę zakazującą spożywanie własnych posiłków, co jest sprzeczne z regulaminem PTTK. Po kilkuminutowym odpoczynku opuszczamy głośną i zatłoczoną Równicę i powoli schodzimy na powrót do Ustronia. Zejście jest przyjemne, niezbyt strome i stosunkowo krótkie. Do Ustronia dochodzimy w czasie krótszym niż godzina. I tutaj niespodzianka, ponieważ koniec (czy też początek) Głównego Szlaku Beskidzkiego zmienił lokalizację. W tym momencie należy szukać go przy budynku stacji kolejowej Ustroń-Zdrój, choć znaki prowadzą nas dalej, do stacji Ustroń, gdzie znajdziemy tabliczkę o przeniesieniu punktu początkowego do stacji Ustroń-Zdrój.
     Kończąc naszą wycieczkę wsiadamy do pociągu, którym dojeżdżamy do Krakowa we wczesnych godzinach wieczornych. A po beskidzkich szlakach pozostają nam miłe wspomnienia.